A4 coraz szczelniej mierzona: trzeci odcinek na celowniku strażników prędkości.

Jarek Michalski

Województwo dolnośląskie staje się prawdziwym laboratorium dla centralnego systemu odcinkowego pomiaru prędkości. GINORD, czyli system CANARD, rozbudowuje swoją sieć, a kolejny, dziesięciokilometrowy odcinek na A4, gdzie dominuje limit 110 km/h, lada chwila zostanie objęty nadzorem. Czy kierowcy wreszcie zrozumieją, że droga do Wrocławia z zachodniej granicy Polski będzie pilnie monitorowana?

A4 na Dolnym Śląsku: Trzeci odcinek wita policzalne tempo

Autostrada A4, swoisty kręgosłup komunikacyjny Dolnego Śląska, niebawem zyska trzeci, znaczący punkt kontrolny w swojej sekcji od granicy państwa aż do Wrocławia. Nowy system, monitorujący 10 kilometrów trasy między węzłami LSSE Obszar Krzywa i Krzyżowa, ma wymusić na kierowcach dostosowanie się do panującego tam limitu 110 km/h. Dlaczego akurat ten odcinek? Powód jest prozaiczny, choć dla wielu kierowców irytujący: brak pasa awaryjnego. W efekcie, tam, gdzie technicznie nie spełnia ona założeń pełnoprawnej autostrady, prędkość jest zredukowana, a kamery niebawem będą to egzekwować.

Obecnie wykonawca finalizuje prace instalacyjne. Po etapie odbiorów, Urząd wskaże precyzyjną datę uruchomienia tych żółtych strażników. Mamy jednak informację od wykonawcy, że cały ten montaż musi zostać sfinalizowany do czerwca 2026 roku, co daje pewien margines, choć z pewnością nikt nie będzie czekał dobrowolnie na ostatni moment.

Po aktywacji tego najnowszego odcinka, kierujący podróżujący z zachodu na wschód lub odwrotnie, natkną się serię pomiarów: pierwszy odcinek po przekroczeniu granicy (Krzyżowa-Krzywa – tu lokalizacja obejmuje obszar LSSE Krzywa), kolejny między Kostomłoty a Kątami Wrocławskimi, i wreszcie ten świeżo instalowany. Ta sekwencja odcinków sprawia, że od granicy do stolicy Dolnego Śląska nie będzie miejsca na beztroskie „dociskanie gazu”.

Dwa podwrocławskie odcinki: Rekordziści w łapaniu piratów

Zanim nowy system wjedzie do gry, warto przyjrzeć się tym, które już stoją i zbierają żniwo. Dwa aktywne odcinkowe pomiary prędkości (OPP) na dolnośląskim kawałku A4 już dawno temu udowodniły swoją skuteczność.

Pierwszy z nich, mierzący ok. 8 km między węzłami Kostomłoty i Kąty Wrocławskie, od dłuższego czasu kontrolował kierowców, którym wydawało się, że 110 km/h to tylko sugestia, a nie prawny wymóg. Tutaj – uwaga – limit 110 km/h wynika bezpośrednio z braku pasa awaryjnego, co jest kluczowe w klasyfikacji drogi. Dane z tego odcinka są porażające:

W 2024 r. kamery zarejestrowały 80 211 wykroczeń, a rok później 39 175.

Warto tu zaznaczyć, że te liczby są dla systemów CANARD prawdopodobnie zaniżone w kontekście podanych dat, ale oddają skalę zjawiska.

Drugi aktywny OPP na tych terenach wystartował 12 września (zakładamy, że chodzi o rok 2024), kontrolując odcinek Kąty Wrocławskie – Pietrzykowice. Tutaj zasady są nieco bardziej zróżnicowane: 110 km/h dla osobówek i bardziej restrykcyjne 80 km/h dla ciężarówek. To dowód na to, że systemyek regulowane są pod kątem specyfiki danego fragmentu trasy.

System CANARD rośnie w siłę: 650 km pod kuratelą kamery

Odcinkowe pomiary prędkości nie są już tylko eksperymentem; to ugruntowany, centralnie zarządzany element bezpieczeństwa ruchu drogowego. GINORD, pod skrzydłami CANARD, intensywnie rozbudowuje infrastrukturę. W styczniu 2025 roku podpisano gigantyczną umowę na blisko 85 milionów złotych, która ma zapewnić instalację kolejnych 43 systemów OPP. Mowa tu o skali: po wdrożeniu tych inwestycji polskie drogi będą miały ponad 650 dodatkowych kilometrów monitorowanych pod kątem średniej prędkości.

W ubiegłym roku łączne liczby wykroczeń zarejestrowanych przez CANARD przekroczyły magiczną barierę 1,3 miliona. Co najbardziej uderzające, ponad 470 tysięcy z nich pochodziło właśnie z systemów OPP, co stanowi wzrost o 26 procent w porównaniu do poprzedniego roku (zakładając, że „2024 r.” w tym kontekście oznacza rok poprzedzający raportowanie). To pokazuje, że kierowcy adaptują się wolniej, niż GDDKiA wprowadza nowe urządzenia.

Prym w łapaniu kierowców na „żywiołowej” jeździe wiedzie Zakopianka (DK7), uruchomiona w lipcu 2025 roku, gdzie zanotowano ponad 51 tysięcy wykroczeń. Tuż za nią, jak już wspomniano, plasuje się A4 na Dolnym Śląsku (Kąty-Kostomłoty). W czołówce figurują również OPP w Katowicach, Wyszkowie, na S14 w Łódzkiem i w Zabrzu. To twarde dane – system działa, a kary są nieuchronne.

Jak działa ta „żółta magia” i jakie są stawki?

Wielu kierowców nadal traktuje OPP jako czarną skrzynkę, której zasady działania są niejasne. Tak naprawdę system opiera się na matematyce, a nie na niespodziewanym błysku flesza.

Zasada działania odcinkowego pomiaru prędkości jest bardzo prosta. Kamery montowane są na początku i końcu kontrolowanego odcinka i rejestrują moment wjazdu oraz wyjazdu pojazdu. Na tej podstawie system wylicza średnią prędkość.

Jeśli ta średnia przekroczy dozwolony limit, system generuje mandat, który jest prawnie równoważny temu wystawionemu przez patrol drogówki. Oznacza to, że nie ma miejsca na margines błędu popełniony przez urządzenie pomiarowe – system liczy czas przejazdu.

Dla przypomnienia, jeśli zdarzy Ci się zostać sfotografowanym przez te kamery, konsekwencje finansowe i punktowe są następujące:

  • Przekroczenie o 21-25 km/h: 300 zł i 5 punktów karnych.
  • Przekroczenie o 31-40 km/h: 800 zł (lub 1600 zł w recydywie) i 9 punktów karnych.
  • Przekroczenie o 51-60 km/h: 1500 zł (lub 3000 zł w recydywie) i 13 punktów karnych.

Wysokie stawki za poważne naruszenia mają na celu zmianę nawyków, a nie tylko „łatanie budżetu państwa”. Widzimy, że system OPP jest coraz bardziej zintegrowany z cyklem życia kierowcy na drodze, a ignorowanie lokalnych prędkości, szczególnie na drogach nieposiadających pełnej infrastruktury jak A4, staje się coraz mniej opłacalne.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze