Hamowanie silnikiem – genialna technika oszczędzania czy recepta na kłopoty? Choć dla wielu to synonim rozsądnej jazdy i dbałości o elementy eksploatacyjne pojazdu, w niektórych zakątkach świata stało się to powodem do interwencji policji. Przyjrzyjmy się bliżej, kiedy warto zdjąć nogę z gazu, zamiast bezwiednie deptać po pedale hamulca, i dlaczego ta prosta czynność budzi kontrowersje.
Kiedy hamowanie silnikiem to czysta ekonomia i bezpieczeństwo?
Zacznijmy od podstaw, bo choć to banał, niektórzy kierowcy zdają się o tym zapominać: do wytracania prędkości służy przede wszystkim układ hamulcowy. Ale czy to oznacza, że mamy go używać non-stop, jakby nigdy nic? Absolutnie nie! Dobry kierowca to strateg, który przewiduje scenariusze drogowe. W momentach, gdy nie jest wymagane gwałtowne zatrzymanie, powinien w miarę możliwości zwalniać, używając siły silnika.
Co zyskujemy, redukując bieg i pozwalając silnikowi spowolnić pojazd? Po pierwsze, rachunki za paliwo się nie zwiększają – w trakcie hamowania silnikiem jednostka napędowa „zużywa w ogóle paliwa”. Po drugie, oszczędzamy nasze klocki i tarcze hamulcowe, które nie zużywają się niepotrzebnie. Po trzecie, co kluczowe dla bezpieczeństwa, technika ta znacząco poprawia stabilność i kontrolę nad maszyną, zwłaszcza w trudnych warunkach.
Ta technika jest nieoceniona „szczególnie zalecana na drogach górskich”. Długie, strome zjazdy to prawdziwy test dla układu hamulcowego. Używanie tylko tarcz i klocków w takich warunkach może doprowadzić do ich katastrofalnego przegrzania, tak zwanego fading’u. Właśnie dlatego w ciężarówkach montuje się dedykowane zwalniacze, często określane jako hamulce górskie, czyli retardery.
Retardery i inni pomocnicy na zjazdach – dlaczego nie wszystkie hamulce są takie same?
W świecie transportu ciężkiego producenci od lat stosują rozwiązania pozwalające na spowolnienie pojazdu bez nadmiernego obciążania tradycyjnego układu ciernego. Mamy szereg retarderów: silnikowe, hydrokinetyczne, elektromagnetyczne, elektryczne i cierne.
Jednak to właśnie najprostsze rozwiązanie – retarder silnikowy (znany potocznie jako hamulec dekompresyjny, lub w USA „jake brake”) – stał się źródłem pewnego kuriozalnego sporu prawnego. Nie zagłębiając się teraz w niuanse hydrauliki, skupmy się na tym, co interesuje kierowców osobowych i ciężarowych: na głośności tego konkretnego typu zwalniacza.
Czy za oszczędzanie auta można dostać mandat? Historia z Ameryki
Sytuacja, w której technicznie poprawne działanie pojazdu jest karane, wydarzyła się w miasteczku Avoca w stanie Iowa, USA. To miejsce jest nietypowe ze względu na specyfikę drogi: mamy tu około 800 metrów wyraźnego, stromego zjazdu. Zjazdu, który wymusza redukcję prędkości ze startowych 105 km/h (ponad 70 mil na godzinę) do znacznie niższych wartości, a na końcu czeka ostry łuk z limitem 40 km/h.
Kierowcy ciężarówek, stając przed taką koniecznością, intuicyjnie używają hamulców silnikowych dekompresyjnych. To mechanizm prosty i skuteczny: polega na otwieraniu zaworów wydechowych na końcu suwu sprężania. Efekt? Gazy uchodzą gwałtownie, tłok zwalnia, a razem z nim cały pojazd.
Problem polega na tym, że starsze wersje tego wynalazku, czyli „jake brake”, generują „głośny i irytujący hałas”, który przekracza lokalne normy. Mieszkańcy Avoca mieli dość. Rozpoczęto testy z wykorzystaniem kamer i mikrofonów, aby wyłapywać zbyt głośne przejazdy. W planach jest, aby system zaczął na stałe zbierać dowody i wystawiać mandaty za hałas powodowany przez hamowanie silnikiem!
Zastanówmy się nad dylematem: „z jednej strony trudno się dziwić mieszkańcom, że chcą walczyć ze zbyt dużym hałasem”, ale z drugiej strony mamy kierowcę. Jest on w sytuacji beznadziejnej. Ma zjechać ze stromego zjazdu, ryzykując przegrzanie hamulców i utratę kontroli, albo użyć homologowanego elementu wyposażenia pojazdu, co skutkuje potencjalnym mandatem. Jak zauważono: „Sam kierowca nie ma wpływu na głośność jego działania, ani nawet nie wie, kiedy jest ona za duża”. To doprawdy kuriozalna sytuacja, w której bezpieczeństwo koliduje z prawem do ciszy.
