Atak zimy sparaliżował S7 – kierowcy ciężarówek przyczyną zatoru.

Jarek Michalski

Paraliżujący atak zimy na S7 to nie tylko anegdota z drogi, to poważny sygnał ostrzegawczy dla całego polskiego transportu. Kiedy północ Polski padła pod naporem śnieżyc i zawiei, sekcja S7 pod Ostródą zamieniła się w parking dla tirów, a drama kierowców trwała godzinami. To wydarzenie wymusiło gorącą debatę: czy polskie prawo, zwłaszcza w kontekście pojazdów ciężarowych, jest wystarczająco ostre, by zapobiegać takim katastrofom? Zanurzmy się w przepisy, które dzielą nas od zimowego chaosu i sprawdźmy, jak wygląda to w Europie.

Droga S7 zamrożona: nieodpowiedzialność czy wina infrastruktury?

Trzydziestego grudnia zjawiska atmosferyczne dały się we znaki kierowcom w północnej części kraju. Intensywne opady śniegu i huczący wiatr, generujący groźne zamiecie, zasypały kluczowe arterie. Największy medialny rozgłos zdobyła sytuacja na drodze ekspresowej S7 w okolicach Ostródy. Mówiąc wprost – ruch został całkowicie sparaliżowany. Samochody ciężarowe, które utknęły w zaspie, stworzyły barykadę, przez którą nie mogły przejechać nawet służby drogowe, w tym pługi. Kierowcy, uwięzieni w swoich kabinach, spędzili tam nawet kilkanaście godzin. Na szczęście, jak doniesiono, nikomu nic się nie stało, ale logistyczny koszmar był ewidentny.

Pytanie, które od razu padło, dotyczyło przyczyn tego paraliżu. Oficjalne stanowisko Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, reprezentowane przez rzeczniczkę olsztyńskiego oddziału, Katarzynę Kozłowską, wskazało na konkretny problem:

„Kluczowym problemem było nieodpowiedzialne zachowanie części kierowców pojazdów ciężarowych. W trudnych warunkach pogodowych próbowali się wyprzedzać, co doprowadziło do ustawienia pojazdów w poprzek jezdni. W wyniku tego powstał zator, który całkowicie uniemożliwił przejazd służbom drogowym”.

Wygląda na to, że ludzka brawura w połączeniu ze śniegiem stworzyła przepis na kraksę logistyczną. Reakcją rządu, ogłoszoną 31 grudnia przez szefów MSWiA i Ministerstwa Infrastruktury, były wzmożone kontrole stanu technicznego tirów na drogach krajowych i ekspresowych. To z kolei naturalnie otwarło dyskusję na temat mniej oczywistego, ale fundamentalnego elementu bezpieczeństwa: opon zimowych.

Tir na letnich kapciach – czy polskie prawo to dopuszcza?

To jest sedno sprawy, które elektryzuje branżę transportową i kierowców. Czy potężne zestawy, ważące dziesiątki ton, mogą bezkarnie poruszać się na ogumieniu „na każdą pogodę”, gdy na zewnątrz panuje arktyczna zadyma? Odpowiedź brzmi: tak, polskie prawo na to pozwala, co dla wielu jest kuriozalne.

W przeciwieństwie do niektórych państw europejskich, w Polsce nie ma bezwzględnego obowiązku jazdy na oponach zimowych dla samochodów ciężarowych, tak samo jak nie ma go dla aut osobowych. W naszym kraju kluczowe są minimalne wymogi techniczne. Prawo wymaga, aby opony zamontowane na danej osi były identyczne, a głębokość ich bieżnika nie mogła być mniejsza niż 1,6 milimetra. Oczywiście, ci z nas, którzy znają realia zimowej drogi, wiedzą, że 1,6 mm to wartość graniczna, wręcz niebezpieczna w warunkach ślizgawicy. Eksperci alarmują, że minimalne bezpieczne zużycie to co najmniej 4 mm.

Jeśli te wymogi nie są spełnione, lub opona nosi widoczne uszkodzenia, kierowca łamie przepisy. Konsekwencje? Spora kara finansowa. Zgodnie z art. 66 Kodeksu drogowego, nieprawidłowy stan techniczny pojazdu, który zagraża bezpieczeństwu, może skutkować mandatem sięgającym nawet 3000 złotych.

„Pojazd uczestniczący w ruchu ma być tak zbudowany, wyposażony i utrzymany, aby korzystanie z niego nie zagrażało bezpieczeństwu osób nim jadących lub innych uczestników ruchu, nie naruszało porządku ruchu na drodze i nie narażało kogokolwiek na szkodę”.

Jazda na oponach, które przez eksploatację utraciły właściwości trakcyjne, jest klasyfikowana jako właśnie taki stan zagrażający bezpieczeństwu. Nadal jednak brakuje regulacji, która nakazywałaby zmianę ogumienia wraz z pojawieniem się pierwszego śniegu.

Od Polski po Alpy: gdzie zima naprawdę oznacza obowiązek?

Większość Europy Zachodniej i Środkowej podchodzi do tematu dużo bardziej restrykcyjnie, co pokazuje, jak bardzo polskie standardy mogą być elastyczne, a przez to ryzykowne. W krajach, gdzie transport przejeżdża przez trudne górskie rejony, przepisy są twarde jak lód.

W Czechach okres przejściowy na ogumienie zimowe obowiązuje od 1 listopada do 31 marca. Wymagania co do bieżnika są konkretne: samochody do 3,5 tony muszą mieć minimum 4 mm, natomiast cięższe pojazdy – aż 6 mm! To potężna różnica względem polskich 1,6 mm.

Na Słowacji sprawa jest prosta i bezdyskusyjna dla pojazdów użytkowych. Między 15 listopada a 31 marca kierowcy autobusów i ciężarówek muszą mieć zamontowane opony zimowe, niezależnie od tego, czy śnieg leży, czy świeci słońce. Kierowcy aut osobowych muszą mieć przynajmniej opony typu M+S, jeśli droga jest oblodzona lub całkowicie pokryta śniegiem.

W Niemczech obowiązuje zasada situationsbedingte Winterreifenpflicht – jazda musi być dostosowana do warunków. Kluczowe jest, by opony miały oznaczenie tzw. „alpejskie” (góra z płatkiem śniegu). Warto wiedzieć, że M+S są jeszcze akceptowane, ale tylko te wyprodukowane przed końcem 2017 roku – rynek się powoli oczyści ze starszych, mniej efektywnych mieszań. Zimą dopuszczalny głębokość bieżnika to również 1,6 mm, ale liczy się oznaczenie.

Austria, popularny kierunek zimowy dla Polaków, posługuje się okresem zimowym od 1 listopada do 15 kwietnia. Bezwzględnego zakazu używania letnich opon nie ma, ale kierowcy mają obowiązek dobrać ogumienie do warunków. Policja często egzekwuje ten zapis, wystawiając mandaty za brak „zimówek” przy zaśnieżonych drogach.

Co ciekawe, nieco inaczej podchodzi do sprawy Szwajcaria. Tam, choć nie ma sztywnego okresu nakazu, na wielu drogach można napotkać znaki nakazujące użycie łańcuchów. Co unikatowe, Szwajcarzy pozwalają na stosowanie kolców na kołach na drogach publicznych od listopada do końca kwietnia, choć z ograniczeniem prędkości do 80 km/h.

A jak to wygląda na południu? We Włoszech bezwzględny obowiązek jazdy na zimówkach (lub posiadania łańcuchów w bagażniku) dotyczy regionu Val d`Aosta od połowy października do połowy kwietnia. Na reszcie terytorium Włoch, tak jak w Austrii, liczy się sytuacja na drodze, ale kierowcy mają generalnie obowiązek przewożenia ze sobą łańcuchów w tym samym okresie.

Te europejskie przykłady wyraźnie pokazują, że zimy w Polsce nie są wcale łagodniejsze dla infrastruktury niż w Alpach, ale prawodawstwo wydaje się być krok za rzeczywistością dróg szybkiego ruchu. Największe firmy transportowe, widząc zagrożenia, prawdopodobnie same inwestują w opony klasy 3PMSF dla swoich flot, ale dopóki wymóg prawny nie zostanie zaostrzony, na polskich drogach wciąż ryzykujemy, że kolejny atak zimy zamieni S7 w zimowisko dla nieprzygotowanych ciężarówek.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze