Prawdziwe perły motoryzacji rzadko trafiają na rynek, a jeśli już, to ich ceny przyprawiają o zawrót głowy. Tym razem na aukcyjny szczyt aspiruje absolutny unikat – Ferrari 250 GTO w kolorze, którego nie spodziewałbyś się ujrzeć na torze. Czy ten arcydzieło inżynierii i designu faktycznie jest warte fortunę, czy może to tylko kolejna bańka spekulacyjna bijąca rekordy dla samej zasady? Przygotujcie się na podróż do świata absolutnego kolekcjonerstwa.
Czy białe Ferrari 250 GTO to Święty Graal kolekcjonerów?
Choć rynek motoryzacyjny jest obecnie zdominowany przez elektryfikację i modele celowane w przysłowiowego „typowego Kowalskiego”, w cieniu masowej produkcji wciąż kwitnie ekosystem aut dedykowanych tym, dla których cena jest jedynie abstrakcyjnym pojęciem. Ferrari, włoski maestro z Maranello, od dekad buduje swoją legendę na maszynach, które nie tylko rezonują legendą w świecie sportów motorowych, ale i regularnie ustanawiają nowe rekordy cenowe. Każdy model Ferrari 250 GTO to już świętość – szacuje się, że w obiegu znajduje się mniej niż 20 tych legendarnych maszyn. Ale ten konkretny egzemplarz, który wkrótce trafi na aukcję, to anomalia z gatunku tych, które wstrząsają rynkiem.
Ten biały diament, o numerze podwozia 3729GT, opuścił mury fabryki w 1962 roku, ale nie jako kolejny czerwony pocisk. Został on zamówiony przez Johna Coombsa, kolekcjonera i właściciela teamu wyścigowego, który zażyczył sobie niespotykany lakier: Bianco Ferrari Speziale. W świecie, gdzie dominowała Rosso Corsa, biel jest deklaracją, a w kontekście 250 GTO staje się to synonimem absolutnej unikalności.
Legenda toru w nietypowym płaszczu: Szpica inżynierii i wyścigowej historii
To, co czyni ten pojazd tak pożądanym, to nie tylko barwa nadwozia. W latach 60. XX wieku za sterami tego konkretnego modelu zasiadały postacie, których nazwiska elektryzują fanów F1 i Le Mans – Graham Hill (dwa razy mistrz świata F1), Mike Parkes (uczestnik Grand Prix) czy Roy Salvadori (triumfator 24-godzinnego wyścigu Le Mans w 1959 roku). To nie jest tylko eksponat; to ruchoma kronika historii wyścigów. A żeby było ciekawiej, przez pewien czas Jaguar wypożyczył to Ferrari, by dogłębnie przeanalizować jego aerodynamikę i rozwiązania techniczne podczas projektowania legendarnego E-Type Lightweight. Czyż to nie dowód na to, jak wyprzedzało swoją epokę?
Coombs zażyczył sobie również modyfikacji, które czyniły z GTO maszynę bardziej zorientowaną na czysty wyścig. „Coombs zdecydował się na wersję nieco bardziej wyścigową, która charakteryzowała się dodatkowymi wlotami powietrza na masce oraz kanałem wentylacyjnym, aby lepiej chłodzić kierowcę podczas agresywnej jazdy na torze.” O ile standardowe 250 GTO to już szczyt marzeń, to te modyfikacje techniczne podnoszą jego wartość dla purystów o kolejne miliony.
Od czerwonego do białego: Certyfikat Classiche jako dowód autentyczności
Historia własności tego supersamochodu również jest fascynująca. Przez ponad dwie dekady jego właścicielem był brytyjski pisarz i kierowca wyścigowy, Jack Sears. Później auto trafiło za ocean, do kolekcji Jana Shirleya w USA. Tutaj nastąpił moment, który kolekcjonerzy zawsze muszą brać pod uwagę: w latach 60. XX wieku auto zostało przemalowane na standardową czerwień. Na szczęście dla przyszłego licytanta, w rękach amerykańskiego kolekcjonera przywrócono mu historyczny, biały lakier Bianco Ferrari Speziale.
Jednak sama renowacja barwy to za mało dla tak cennego okazu. Samochód przeszedł proces certyfikacji Ferrari Classiche. A co ciekawe, ten proces wiązał się z wymianą silnika. Oryginalnie w tym egzemplarzu pracował jednostka pochodząca z modelu 250 GT SWB, dlatego też, aby uzyskać certyfikat pełnej zgodności, zamontowano w nim oryginalny silnik typu V12 168/62 Comp o pojemności 3 litrów i mocy generującej „około 300 KM”. Posiadanie certyfikatu Classiche to pieczęć, która mówi: to jest to, co miało być, mimo upływu lat i kilku zmian właścicieli.
Tytan kolekcjonerskiego rynku: Cena, która bije rekordy
Mówi się, że Ferrari 250 GTO to najbardziej pożądany model w historii włoskiej marki. Powstało ich zaledwie 36 sztuk w latach 1962–1964, ale tylko jeden z nich nosi ten konkretny, biały lakier. Kiedy pojazd tej klasy, z taką historią i unikalnym rodowodem, trafia na rynek, emocje sięgają zenitu.
Już w styczniu, za sprawą domu aukcyjnego Mecum, ten fenomenalny GTO zostanie wystawiony na licytację. Eksperci nie owijają w bawełnę, szacując wartość na kwotę, która z łatwością przekroczy 60 milionów euro, co przekłada się na blisko 250 milionów złotych. To kwota, która może zagrozić obecnemu rekordziście – Mercedesowi-Benz 300 SLR Uhlenhaut Coupé z 1955 roku, który w 2022 roku osiągnął zawrotną cenę 135 milionów euro. To licytacja, która zadecyduje, czy biały 250 GTO stanie się najdroższym samochodem w historii, czy tylko jednym z kilku, które poruszają się w tym ultra-ekskluzywnym przedziale cenowym.
