Ceny prądu i Bliski Wschód: Polacy masowo szukają elektryków.

Jarek Michalski

Wzrost cen paliw i zawirowania geopolityczne na Bliskim Wschodzie wywołały w Polsce prawdziwe trzęsienie ziemi na rynku motoryzacyjnym, przekształcając dotychczasową ewolucję w rewolucję. Polacy, zmęczeni nieprzewidywalnością portfela na stacjach benzynowych, zaczynają masowo odwracać się od tradycyjnych rozwiązań. Czy to właśnie teraz, po wyczerpaniu rządowych dopłat, polski rynek na dobre otworzy się na elektromobilność? Analizujemy, jak rekordowe zainteresowanie „elektrykami” korelujze ze spadkiem popytu na diesle.

Szok na rynku paliw promuje elektryki, czyli twarda kalkulacja zastępuje dotacje

Dane z największych platform ogłoszeniowych, OLX i Otomoto, nie pozostawiają złudzeń. Wzrost niestabilności cen paliw, podsycany napięciami międzynarodowymi, przestał być dla Polaków jedynie tematem do dyskusji – stał się czynnikiem decyzyjnym. Już w drugim tygodniu po pierwszych podwyżkach cen zanotowano dynamiczny skok zapytań o samochody elektryczne, który wyniósł imponujące 26 procent. Trzeci tydzień dołożył kolejne 16 procent. To już nie jest lustrowanie katalogów, to jest realna zmiana strategii zakupowej.

Przedstawiciele serwisów ogłoszeniowych komentują to zjawisko jednoznacznie: „Polacy przestają jedynie przeglądać oferty i zaczynają aktywnie szukać tańszej alternatywy dla transportu spalinowego”. To sugeruje, że wreszcie nastąpiło „przejście od fazy obserwacji do realnych decyzji zakupowych”, jak określają to analitycy. Wygląda na to, że wysokie ceny na dystrybutorach są potężniejszym akceleratorem elektryfikacji niż jakiekolwiek kampanie promocyjne.

Obecna sytuacja na rynku motoryzacyjnym to moment przełomowy: zainteresowanie samochodami elektrycznymi przestało być stymulowane wyłącznie przez dopłaty rządowe, a zaczęło wynikać z twardej kalkulacji ekonomicznej. Aktualne wzrosty to niewątpliwie reakcja na niestabilną sytuację na Bliskim Wschodzie i rosnące ceny na stacjach paliw

Załamanie sprzedaży nowych elektryków. Będzie boom na auta używane?

Co ciekawe, ten gwałtowny wzrost popytu na pojazdy elektryczne, mierzony liczbą zapytań do sprzedawców, zbiega się w czasie z problemami na rynku aut fabrycznie nowych. Program dopłat „Mój Elektryk” (lub w kontekście historycznym „NaszEauto”) wyczerpuje się, co naturalnie powinno studzić zapał. Jednak dane z platform uwzględniających zarówno nowe, jak i używane samochody, wskazują na coś zupełnie innego. Ludzie masowo zastanawiają się nad opłacalnością zakupu, nawet bez wsparcia państwa.

Poziom zainteresowania w marcu, nawet przed jego końcem, jest rekordowo wysoki – w ujęciu procentowym do lutego wzrost zapytań o elektryki wyniósł 19 procent, a rok do roku – 12 procent. Maciej Gis, Dyrektor Komunikacji i PR w Polskim Stowarzyszeniu Nowej Mobilności, celnie to podsumowuje: „Dla polskich kierowców nieprzewidywalność kosztów tankowania przestaje być abstrakcyjnym ryzykiem – staje się rzeczywistością. Samochód elektryczny ładowany w domu oferuje przewidywalność kosztów i jest nieporównywalnie tańszy w eksploatacji od wariantów o napędzie konwencjonalnym”.

Kryzys na Bliskim Wschodzie gwoździem do trumny silnika Diesla?

Konflikt geopolityczny uderza w polski rynek paliw wyjątkowo mocno, a ze względu na specyfikę importu, to właśnie olej napędowy odczuwa to najbardziej. Paliwa te stanowią obecnie największy odsetek importowanych produktów ropopochodnych do kraju, a konsekwencje widoczne są na dystrybutorach. Spadek zainteresowania pojazdami z silnikiem Diesla o 2 procent odnotowano w ostatnich tygodniach, podczas gdy elektryki notują ponad 20-procentowe wzrosty.

Nie ma wątpliwości – zwolennicy diesla zaczynają kalkulować i widzą, że ich ulubiony, dynamiczny silnik wysokoprężny staje się koszmarem budżetowym. W lutym, czasie gdy dopłaty jeszcze teoretycznie obowiązywały dla części nabywców, zainteresowanie elektrykami mogło być jeszcze „analityczne”, teraz jest już czysto ekonomiczne.

Warto zestawić te dane z sytuacją w Europie. Analizy Grupy OLX pokazują, że we Francji, Rumunii i Portugalii popyt na auta elektryczne od połowy lutego urósł od 40 do nawet 54 procent, z widoczną stałą dynamiką. Jednocześnie w tych krajach odnotowano drastyczny odwrót od diesli – spadek zapytań na niektórych rynkach sięgnął 15 procent.

Ile kosztuje jazda na benzynie, dieslu i samochodzie elektrycznym? Konfrontacja cen

Najbardziej brutalnie tę zmianę widać w zestawieniu kosztów eksploatacji. Ze względu na wspomnianą strukturę importu, olej napędowy pobił wszelkie rekordy, osiągając historyczny pułap 8,69 zł/l (wzrost o 93 grosze w ciągu tygodnia, jak podaje e-petrol.pl).

Pokonanie 100 km autem z silnikiem Diesla, zużywającym standardowe 6 litrów, to wydatek rzędu ponad 52 złotych. Benzyna 95-oktanowa, choć droższa niż diesel przed kryzysem, plasuje się dziś na poziomie 7,14 zł/l, co przy zużyciu 8 litrów daje koszt nieco wyższy – około 57 złotych za setkę. Autogaz pozostaje najtańszym paliwem kopalnym, generując koszt około 32,7 zł/100 km przy zużyciu 9 litrów.

Jednakże, bezapelacyjnie najkorzystniej prezentują się w tym zestawieniu pojazdy elektryczne zasilane z domowej sieci. Przy najpopularniejszej taryfie G11 (gdzie cena za 1 kWh oscyluje między 0,97 a 1,1 zł), najpopularniejsze elektryki, pochłaniające 12 do 20 kWh na 100 km, generują koszt eksploatacyjny na poziomie zaledwie 13 do 21 złotych za ten sam dystans. Ta dysproporcja w kosztach, generowana przez turbulencje na rynku ropy, jest tak gigantyczna, że praktycznie wymusza na świadomych konsumentach zmianę preferencji. Elektromobilność przestała być ekologicznią fanaberią – stała się najtwardszą opcją finansową.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów