Europa w ogniu chińskiej rewolucji motoryzacyjnej! Chińskie marki samochodowe przestają być egzotyczną ciekawostką, stając się pełnoprawnym i, co tu dużo mówić, coraz bardziej pożądanym elementem europejskiej floty. Dealerzy, ci dawni sceptycy, teraz z otwartymi ramionami przyjmują dealerów z Państwa Środka, a dane sprzedażowe tylko potwierdzają, że idzie wielka zmiana. Czy jesteśmy świadkami rewolucji na drogach Starego Kontynentu? Odpowiedź wydaje się frapująca.
Chińskie marki samochodów podbijają Europę. Grupy dealerskie przyjmują je pod swoje skrzydła
Europejski rynek motoryzacyjny przechodzi bezprecedensową transformację, a jej głównymi architektami są producenci z Chin. Dynamics tej ekspansji są tak silne, że najwięksi gracze w branży dealerskiej, tacy jak Emil Frey czy Hedin Bil, pospiesznie rozszerzają swoje portfolio, włączając do niego chińskie brandy. Steve Young, dyrektor zarządzający firmy doradczej ICDP, ironicznie stwierdził, że „średnio dealerzy z top 50 reprezentują dziś o jedną markę więcej niż rok temu”, a niektórzy z nich dorzucili nawet trzy lub cztery nowe, azjatyckie twarze.
Popyt to motor napędowy tej rewolucji. Grupy dealerskie, zawsze wyczulone na finansowe możliwości, widzą w autach z Państwa Środka kolejny intratny filar działalności. Z rankingu ICDP wyłania się obraz, gdzie europejski gigant, szwajcarski Emil Frey, dzierży już w ręku stery dla marek Chery, Xpeng i GWM. Z kolei IA Hedin Bil, trzecia siła na rynku, postawiła na BYD, Hongqi i Xpeng.
Nawet Amerykanie nie pozostają bierni. Grupa Penske, druga w zestawieniu dzięki silnej obecności na Wyspach, ogłosiła otwarcie ośmiu nowych salonów Chery i Geely w Wielkiej Brytanii. Co ciekawe, na początek zdecydowali się na nietypową strategię, łącząc te nowe marki z punktami Sytner Select jako „niskokosztowy test”. Jak to ujął Anthony Pordon podczas Annual Automotive Symposium, strategia jest prosta i brutalnie pragmatyczna:
Dosłownie wieszamy szyld Chery czy Geely na budynku i patrzymy, co się stanie. Jeśli pomysł „zaskoczy”, super. Jeśli nie – straty będą minimalne
To podejście pokazuje, jak ostrożnie, a jednocześnie agresywnie, podchodzą europejscy dystrybutorzy do wykorzystania tej nadarzającej się okazji rynkowej.
Producenci aut z Chin rosną w siłę. Ich udział w rynku już się podwoił – to nie przypadek
Statystyki sprzedażowe nie pozostawiają złudzeń – chińska fala jest realna. Dane Dataforce za okres od stycznia do września pokazały, że udział chińskich marek w europejskiej sprzedaży skoczył do 5,3 proc. To oznacza niemal podwojenie wyniku w stosunku do roku poprzedniego! Wrzesień był szczególnie imponujący, z udziałem na poziomie 7,4 proc., napędzanym głównie przez solidne wyniki MG, BYD oraz Omoda/Jaecoo. Steve Young argumentuje, że dealerzy muszą podążać za trendem: jeśli klienci chcą elektryków z atrakcyjnym wyposażeniem i konkurencyjną ceną z Chin, to pod parasolem dealerskim muszą się one znaleźć.
Choć w czołówce rankingu top 50 dealerów zaszły pewne roszady – np. Lithia Driveway przeskoczyła z 12. na 4. miejsce po znaczących przejęciach w Wielkiej Brytanii (Pendragon i Jardine Motors) – ogólny trend jest jasny: konsolidacja i otwarcie na nowych graczy. Wzrost siły tych gigantów wpływa na cały ekosystem dystrybucji. Jeszcze w 2013 roku 50 największych grup dealerskich odpowiadało za 10 proc. europejskiej sprzedaży nowych aut. Obecnie to już 15 proc., a ICDP prognozuje, że do 2030 roku blisko jedna czwarta transakcji może przejść przez ręce tych właśnie molochów.
Na rynku samochodów w Europie zawirowań będzie więcej. Chińczycy nieźle namieszali
Nie ma co liczyć na stabilizację. Według analiz ICDP, przyszłoroczna lista największych graczy dealerskich może wyglądać diametralnie inaczej niż dzisiaj. Ci, którzy postawili na chińskie marki, umacniają swoją pozycję, podczas gdy niektórzy gracze, którzy opierali się na mniej rentownych segmentach, mogą się wycofywać. Jako kuriozalny przykład można podać amerykańskie Group 1, które po wchłonięciu Inchcape natychmiast zapowiedziało wyjście z nierentownej działalności dealerskiej JLR.
Hedin Bil, po serii przejęć w Holandii, Niemczech i Wielkiej Brytanii, dysponuje już siecią ponad 850 punktów, ustępując jedynie Emil Frey (1049 obiektów). To pokazuje, że skala i zasięg stają się kluczowe w walce o tort rynkowy. Chińscy producenci nie przychodzą do Europy, by zająć malutką niszę; przychodzą, by przejąć znaczący udział, a europejska sieć dystrybucji reorganizuje się pod to nowe paradygmatem, stawiając na elastyczność i gotowość na przyjęcie kolejnego, dynamicznie rozwijającego się chińskiego brandu.
