Dlaczego rowerzyści ignorują drogi dla nich przeznaczone?

Jarek Michalski

Wydawałoby się, że to oczywista sprawa: wydzielone drogi dla rowerów to synonim bezpieczeństwa i wygody. Dlaczego zatem środowisko cyklistów, zwłaszcza tych aspirujących do szybkiej jazdy, często je ignoruje, preferując jazdę w bezpośrednim sąsiedztwie pędzących samochodów? Ta pozorna sprzeczność kryje za sobą więcej problemów infrastrukturalnych i prawnych, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Rzućmy okiem na to, co sprawia, że dla niektórych rowerzystów miejski asfalt jest bardziej kuszący niż dedykowane ścieżki.

Dlaczego rowerzyści rezygnują z deklarowanej dla nich infrastruktury?

Jazda po drodze dla rowerów, odseparowanej od zgiełku i potencjalnego niebezpieczeństwa ruchu samochodowego, brzmi jak ideał. Teoretycznie tak jest – to ma być bezpieczniejsza alternatywa. Praktyka jednak bywa brutalna, szczególnie dla pasjonatów kolarstwa szosowego. Problem leży często w samej jakości tych „idealnych” rozwiązań. Wielu rowerzystów twierdzi – i nie bezpodstawnie – że polskie drogi rowerowe, krótko mówiąc, nie nadają się do dynamicznego przemieszczania się.

Wyobraźmy sobie rower szosowy, zaprojektowany do osiągania wysokich prędkości na gładkiej nawierzchni. Teraz zderzmy go z DDR-ką wyłożoną kostką brukową, która przypomina raczej tor przeszkód, niż profesjonalną trasę. Dodajmy do tego studzienki kanalizacyjne rozmieszczone niczym pułapki i wysokie krawężniki na przejazdach. W takim otoczeniu utrzymanie dynamiki jest nie tylko trudne, ale wręcz ryzykowne. Szybka jazda staje się wyzwaniem dla sprzętu i dla zdrowia samego cyklisty, a co gorsza, stwarza zagrożenie dla innych. Ścieżki te często stają się terenem kolizyjnym z pieszymi, spacerowiczami i ich niekontrolowanymi czworonogami. W efekcie, dla sportowca, jazda ulicą, mimo ryzyka samochodowego, bywa postrzegana jako mniejsze zło, niż slalom na nierównej, wielofunkcyjnej ścieżce.

Czy ignorowanie drogi dla rowerów to samowola, czy legalny wyjątek?

Tu wchodzimy na grunt prawny, który rozwiewa wszelkie romantyczne wizje o „wolności ruchu”. Kwestię tę reguluje polskie Prawo o ruchu drogowym, a konkretnie art. 33. I tutaj musimy być precyzyjni. Przepis jasno stanowi:

Kierujący rowerem lub hulajnogą elektryczną jest obowiązany korzystać z drogi dla rowerów, drogi dla pieszych i rowerów lub pasa ruchu dla rowerów, jeżeli są one wyznaczone dla kierunku, w którym się porusza lub zamierza skręcić.

Dla laika sprawa jest prosta: masz przed sobą drogę rowerową, musisz z niej korzystać. Jeśli jest to droga tylko dla rowerów, masz tam generalnie pierwszeństwo przed pieszymi (choć musisz zachować ostrożność).

Co ciekawe, przepisy zmuszają rowerzystę do korzystania z drogi dla pieszych i rowerów, nawet jeśli na niej traci pierwszeństwo na rzecz pieszego. Obowiązek pozostaje, niezależnie od tego, czy preferujesz jezdnię, czy ścieżkę.

Co z tą złą nawierzchnią? Czy „kostka dla szosowca” to legalna wymówka?

Wielu cyklistów argumentuje, że fatalny stan techniczny drogi rowerowej – dziury, nierówności, ów nieszczęsny bruk – zwalnia ich z obowiązku korzystania z niej. Niestety, z punktu widzenia litery prawa, to bardzo słaba linia obrony. Przepisy nie są elastyczne i nie przewidują ogólnych wyłączeń uzależnionych od obiektywnej jakości nawierzchni dla sprzętu sportowego.

Wyjątki są nieliczne i dotyczą realnych zagrożeń uniemożliwiających bezpieczny przejazd, jak np. zaspy śnieżne, blokady drogowe lub inne niebezpieczne przeszkody trudne do ominięcia. Kwestia, że rower szosowy nie będzie optymalnie funkcjonował na kostce, pozostaje problemem użytkownika, a nie zarządcy drogi w sensie uchylenia obowiązku korzystania z DDR.

Zatem co z szybkim kolarzem, który czuje, że jego karbonowy rumak marnuje potencjał na podrzutkach? Musi dostosować prędkość. Podobnie jak kierowca samochodu zmuszony jest zwolnić w strefie zamieszkania czy na złym asfalcie, tak i rowerzysta musi zrezygnować z prędkości maksymalnej, gdy warunki na DDR sugerują jazdę rekreacyjną, a nie treningową. Droga publiczna, nawet ta wyznaczona dla rowerów, wymaga rozsądku i dostosowania tempa do otoczenia.

Niestety, frustracja wynikająca z kiepskiej jakości infrastruktury często idzie w parze z brakiem konsekwencji w egzekwowaniu przepisów. Rowerzysta świadomie decydujący się na jazdę jezdnią, omijając ścieżkę, ryzykuje niewielką karę – mandat w wysokości zaledwie 100 złotych. Niska reperkusja finansowa, w połączeniu z poczuciem, że „droga dla rowerów i tak jest beznadziejna”, sprzyja marginalizowaniu przepisów, tworząc niebezpieczne dla wszystkich poczucie bezkarności.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze