Europa planuje "Sejournette": Mniejsze elektryki z obniżonymi normami bezpieczeństwa, by powstrzymać Chiny.

Jarek Michalski

Wielkie zmiany w europejskiej motoryzacji wiszą w powietrzu, a Bruksela szuka sekretnej broni, by powstrzymać chińską inwazję i jednocześnie uratować fabryki na Starym Kontynencie. Plan zakłada powrót do korzeni – mniejszych, tańszych, elektrycznych aut. Czy jednak ta wizja taniego, lokalnego e-samochodu nie stanie się koszmarem dla bezpieczeństwa na naszych drogach?

Rewolucja „Sejournette”: Europejskie mikro-elektryki na ratunek przemysłowi

Komisja Europejska, jak donosi Financial Times, intensywnie finalizuje strategię mającą na celu reanimację europejskiego przemysłu motoryzacyjnego. Po medialnych doniesieniach o możliwym porzuceniu pomysłu zakazu rejestracji samochodów spalinowych w 2035 roku, na pierwszy plan wysuwa się inna, równie radykalna koncepcja. W odpowiedzi na rosnącą presję taniej chińskiej konkurencji, Bruksela rozważa wprowadzenie zupełnie nowej, specyficznej kategorii pojazdów elektrycznych.

Ta nowa propozycja, roboczo określana jako „Sejournette” – na cześć francuskiego komisarza przemysłu, Stéphane’a Séjournégo, który nadzoruje projekt – ma być swoistym europejskim odpowiednikiem japońskich, ultralekkiego i kompaktowego segmentu Kei-Carów. Założenia są jasne: auta muszą być produkowane w Europie, posiadać napęd elektryczny i podlegać specjalnemu, potencjalnie lżejszemu, limitowi masy. Choć dokładne parametry wagowe wciąż są owiane tajemnicą, krążą plotki o progu oscylującym wokół 1,5 tony. Taki limit otworzyłby drzwi dla takich modeli jak zapowiadany Citroen e-C3 czy Renault Twingo w wersji na prąd.

Co ciekawe, te pojazdy nie tylko mają być produkowane lokalnie, ale również mają zyskać pewne przywileje. Mówi się o „dostępie do zarezerwowanych miejsc parkingowych” oraz, co kluczowe z punktu widzenia kosztów produkcji, o 10-letnim zwolnieniu z wymogów dotyczących obowiązkowego wyposażenia pojazdów. To ostatnie jest sednem całej operacji, ale jednocześnie rodzi największe kontrowersje. Cel? Osiągnięcie ceny docelowej na poziomie zaledwie 15-20 tysięcy euro, czyli realnie konkurencyjnej dla najtańszych chińskich propozycji.

Dziesięć lat niższych standardów. Czy koszty bezpieczeństwa są warte ceny?

O ile dla europejskich konsumentów i przemysłu perspektywa posiadania świeżych, lokalnych, tanich elektryków brzmi jak spełnienie marzeń, o tyle organizacje zajmujące się bezpieczeństwem ruchu drogowego biją na alarm. Proponowane zwolnienie z aktualnych przepisów bezpieczeństwa, w tym niektórych systemów wspomagających kierowcę, dla całej generacji pojazdów na najbliższą dekadę budzi ogromny sprzeciw.

Europejska Rada Bezpieczeństwa Transportu (ETSC) nie przebiera w słowach. Ich stanowisko jest jednoznaczne i twarde:

Zamrażanie standardów bezpieczeństwa pojazdów na dekadę jest aktem rażącego niedbalstwa. Jest to odpowiednik zdrowia publicznego polegający na dobrowolnej decyzji o zaprzestaniu zatwierdzania nowych metod leczenia raka

ETSC podkreśla, że w środowisku miejskim, czyli tam, gdzie te małe, lekkie (i potencjalnie słabiej wyposażone) auta będą najczęściej operować, to niechronieni uczestnicy ruchu — piesi, rowerzyści i motocykliści — ponoszą największe żniwo. Według statystyk, to właśnie oni stanowią około 70% ofiar śmiertelnych w obszarach zabudowanych.

Zamrożenie przepisów oznacza, że te pojazdy mogłyby być pozbawione kluczowych, współczesnych systemów wspomagających. Przykładowo, ETSC wskazuje na ryzyko braku systemów ostrzegających przed otwarciem drzwi, gdy w martwym polu znajduje się rowerzysta – element, który staje się coraz ważniejszy w gęstym ruchu miejskim. Co więcej, nowa norma emisji spalin Euro 7, która wejdzie w życie w 2026 roku, choć oficjalnie nie dotyczy bezpośrednio aut elektrycznych, obejmuje również emisje cząstek stałych z opon i klocków hamulcowych – aspekt, który w kontekście lżejszych aut może być inaczej traktowany, choć na razie szczegóły techniczne są niejasne.

Kłopoty z parkowaniem i realne implikacje dla kierowców

Wprowadzenie tak odmiennej klasy samochodów wymagać będzie nie tylko zmian w przepisach homologacyjnych, ale także kaskady nowelizacji w prawie lokalnym. Przykładem są kwestie związane z parkowaniem. Obecnie w wielu miastach w Polsce elastyczne regulacje dotyczące parkowania dla elektryków (np. strefy płatnego parkowania) są jednym z atutów elektromobilności. Jeśli „Sejournette” zyska pewne uprawnienia, jak choćby wspomniany, zarezerwowany parking, to naturalnie większe, cięższe e-auta zaczną tracić swoje dotychczasowe przywileje. To klasyczna dywagacja – tworzymy tańsze, mniejsze auta, ale jednocześnie ryzykujemy utratę benefitów dla tych, którzy już zainwestowali w droższe, cięższe elektryki.

Cała inicjatywa wydaje się być szaleńczym balansem na linie między koniecznością ekonomiczną – zahamowaniem importu z Chin i wsparciem lokalnej produkcji – a fundamentalnym wymogiem unijnym, jakim jest bezpieczeństwo drogowe. UE próbuje stworzyć furtkę, która pozwoli europejskim producentom zejść z ceną, ale odbywa się to kosztem potencjalnie starszych technologicznie rozwiązań w zakresie ochrony pasażerów i, co ważniejsze, otoczenia pojazdu. Rynek ma doczekać się pojazdów blisko 63-84 tysięcy złotych, ale czy okażą się one wystarczająco bezpieczne, by z czystym sumieniem można było je promować? Czas pokaże, czy kompromis zaproponowany przez Brukselę okaże się strategicznym zwycięstwem, czy tylko chwilowym ratunkiem, który będziemy musieli spłacać w kosztach zdrowia publicznego.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze