Europejski plan elektromobilności traci impet na tle realistycznych prognoz koncernów.

Jarek Michalski

Wielkie plany unijnej elektromobilności wydają się dziś bardziej kruche niż kiedykolwiek. Zaledwie kilka lat temu wizja całkowitego zakazu sprzedaży aut spalinowych w Unii Europejskiej wydawała się nieuniknioną przyszłością. Dziś jednak politycy i giganci branży motoryzacyjnej z coraz większym sceptycyzmem patrzą na narzucony harmonogram. Czyżby tempo transformacji było zbyt szybkie dla europejskich kierowców i realnych możliwości producentów?

Elektryczny marazm czy jedynie korekta kursu? Zakaz UE pod ostrzałem

Nie da się ukryć – wiatr historii, który miał pchnąć Europę do pełnej elektryzacji do 2035 roku, ostatnio zawiał w przeciwnym kierunku. Obecnie jesteśmy świadkami narastającej fali krytyki pod adresem unijnych regulacji dotyczących zeroemisyjności. Głosy sprzeciwu podnoszą nie tylko organizacje branżowe, ale co znamienne, również czołowi europejscy politycy.

Zwróćmy uwagę na słowa kanclerza Niemiec, Friedricha Merza. Jego sprzeciw, podzielany przez potężne lobby motoryzacyjne, takie jak Europejskie Stowarzyszenie Producentów Samochodów (ACEA) czy Niemieckie Stowarzyszenie Przemysłu Motoryzacyjnego (VDA), sugeruje, że polityczne ciśnienie na natychmiastowe odrzucenie silników spalinowych napotyka solidny opór. Ten opór nie bierze się znikąd – ma swoje źródło w twardych danych rynkowych.

Sprzedaż elektryków w cieniu ambitnych prognoz

Sprzedaż samochodów elektrycznych (BEV) w Europie oczywiście rośnie. Nie ma co do tego wątpliwości; widzimy coraz więcej aut na baterie na drogach. Jednak kluczowe słowo to „rośnie”, a nie „eksploduje”. Tempo tej adaptacji po prostu nie nadąża za tym, co jeszcze niedawno deklarowały największe koncerny motoryzacyjne.

Spójrzmy na fakty. Według danych ACEA, udział samochodów elektrycznych w całkowitej liczbie rejestracji w Europie osiągnął w październiku poziom 16,4 proc. To więcej niż aut z silnikami Diesla (9,2 proc.) czy hybryd plug-in (9,1 proc.). W ujęciu rocznym widać rozwój – przed rokiem udziały te wynosiły około 13 proc. Sam rynek się rozwija, ale czy w tempie, które pozwala zrealizować cele wyznaczone na koniec dekady? Zdecydowanie nie.

Problem polega na radykalnej rozbieżności między rynkową rzeczywistością a wizjonerską polityką i korporacyjnymi deklaracjami sprzed kilku lat. Producenci samochodów, choć nie rzucają kart na stół i nadal widzą w elektrykach swoją przyszłość, są zmuszeni do modyfikowania strategii. Odkładają w czasie tempo przechodzenia na pełną elektryfikację, co jest jawnym sygnałem, że obecny harmonogram jest nieosiągalny.

Kiedy 70 procent staje się 19? Rewizje celów motoryzacyjnych

Dane zebrane przez agencję Reuters doskonale ilustrują, jak bardzo unijna miara „zeroemisyjności” rozmija się z tym, co faktycznie dzieje się w salonach. Porównanie celów fabrykantów na rok 2030 z ich aktualnymi wolumenami sprzedaży to fascynujące studium przypadku strategii i nadziei kontra pragmatyzm.

Weźmy pod lupę największego gracza na kontynencie – Volkswagena. Jeszcze niedawno ta niemiecka potęga prognozowała, że do 2030 roku aż 70 proc. aut sprzedawanych w Unii Europejskiej będzie miało czysto elektryczny napęd. Jaka jest teraźniejszość? Po trzech kwartałach obecnego roku (zakładając, że jesteśmy w 2025 roku) udział elektryków w globalnej sprzedaży VW to skromne 10,9 proc. W samej Europie, która jest ich głównym rynkiem, jest to około 19 proc. Zatem, jak widać, brakuje jeszcze co najmniej 50 punktów procentowych w niecałe sześć lat.

Drugi europejski gigant, Stellantis (obejmujący takie marki jak Peugeot, Citroën, Fiat czy Opel), miał jeszcze bardziej ambitny plan: w 2030 roku wszystkie sprzedawane przez nich w Europie auta osobowe miały być elektryczne. Obecnie ich udział w rejestracjach w UE oscyluje wokół 11,1 proc. Warto odnotować, że jeszcze we wrześniu władze Stellantisa oficjalnie wycofały się z tych najbardziej śmiałych założeń, stawiając na bardziej zrównoważone podejście.

Nie lepiej wygląda sytuacja w przypadku Grupy Renault. Pierwotnie zakładali osiągnięcie 100-procentowego udziału rejestracji aut elektrycznych w UE już w 2030 roku. Teraz harmonogram przesunął się – zbiele z oficjalnymi, choć już i tak skorygowanymi, planami Komisji Europejskiej, na rok 2035. Obecnie elektryki stanowią około 16 proc. struktury rejestracji tej grupy w Europie.

Nawet Volvo, marka, która kiedyś słynęła z radykalizmu i deklarowała oferowanie wyłącznie bateryjnych modeli do 2030 roku, złagodziła kurs. Szwedzka marka, obecnie pod skrzydłami chińskiego Geely, przeszła na bardziej zniuansowany cel: „90-100 proc. udział w globalnej sprzedaży do 2030 roku pojazdów zelektryfikowanych”, co obejmuje zarówno BEV, jak i hybrydy plug-in. To wyraźne pójście na ustępstwa wobec trudnej rzeczywistości.

Teraźniejszość należy do spalinówek i hybryd – na razie

Ta presja na producentów, aby nagle odwrócili swoje linie produkcyjne i inwestycje, zderzyła się z popytem rynkowym, który – choć zainteresowany nowymi technologiami – nie jest gotów na rewolucję w skali postulowanej przez polityków Brukseli. Problemy z infrastrukturą ładowania, wysokie ceny, obawy o zasięg i degradację baterii tworzą barierę, której nie da się przeskoczyć za pomocą samych regulacji administracyjnych.

W efekcie, pomimo widocznego wzrostu popularności pojazdów elektrycznych, to wciąż samochody z tradycyjnymi napędami, wspierane przez coraz doskonalsze hybrydy, utrzymują lwią część rynku. Europa balansuje na krawędzi decyzji: ma ambitny cel transformacyjny, ale brakuje jej cierpliwości do naturalnego, dynamicznego, ale nieregularnego tempa, w jakim technologia i konsumenci są w stanie się dostosować.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze