Fotoradar udający koparkę budzi kontrowersje wśród kierowców.

Jarek Michalski

Czy jesteś gotów na kolejny technologiczny wyścig zbrojeń na drogach? W strefach remontowych, gdzie bezpieczeństwo powinno być priorytetem, pojawiło się nowe, zaskakujące narzędzie do kontroli prędkości. Zapomnijcie o klasycznych, łatwo rozpoznawalnych radarach – teraz prędkość mierzy… stylizowana koparka. To innowacyjne (a dla niektórych kontrowersyjne) rozwiązanie z Australii ma zmusić kierowców do ciągłej uwagi, ale czy to jeszcze prewencja, czy już wyrafinowana pułapka?

Rutyna sprzyja łamaniu przepisów. Fotoradar udaje koparkę

Wszyscy znamy ten scenariusz: zbliżamy się do remontowanego odcinka drogi, widnieje znak ograniczenia prędkości, ale rzeczywistość bywa inna. Kierowcy zwalniają nerwowo, gdy tylko dostrzegą klasyczny fotoradar – zazwyczaj stojący na słupie lub na przyczepie. Problem polega na tym, że w rejonach prac drogowych zagrożenie nie kończy się w punkcie, gdzie ustawiony jest biwalentny przyrząd do pomiaru. Dlatego inżynierowie postanowili wtopić technologię w otoczenie budowy.

Przykład idzie z dalekiej Australii, konkretnie z Queensland. Tamtejsze służby drogowe wprowadziły do użytku radar do pomiaru prędkości, który został przebudowany tak, by wyglądał jak niewielka koparka. Ma typową sylwetkę tej maszyny budowlanej i jest pomalowany w jaskrawe, ostrzegawcze barwy, które na co dzień kojarzymy ze sprzętem drogowym. Efekt? Kierowca widząc z oddali „koparkę”, traktuje ją jako naturalny, statyczny element zaplecza remontowego, a nie aktywny system kontroli prędkości. To właśnie element zaskoczenia jest tu kluczowy.

Radar ukryty w obudowie przypominającej koparkę nie rzuca się w oczy tak jak tradycyjna kamera ustawiona na słupie czy przyczepie.

Co więcej, to mobilne rozwiązanie może być ustawiane w najróżniejszych miejscach na prowadzonych robotach, co niweczy możliwość przewidzenia, gdzie dokładnie będzie prowadzona kontrola. Twórcy tego systemu bazują na prostej tezie: rutyna usypia czujność. Jeśli kierowcy znają stałe lokalizacje radarów, po prostu „przeczekają” niebezpieczny odcinek jazdę z prędkością, która w strefie robót jest de facto niebezpieczna.

Bezpieczeństwo na całym odcinku. Kierowcy nie są pewni

Celem zamaskowanego radaru jest zmuszenie każdego kierowcy do zachowania wymaganej normy prędkości na całej długości remontowanej arterii. Brak pewności co do miejsca stacjonowania urządzenia ma wymusić stałą ostrożność, a nie tylko chwilowe naciśnięcie pedału hamulca na widok znanego punktu kontroli. Zwolennicy tego podejścia argumentują, że w obliczu ryzyka dla życia pracowników drogowych i samych kierowców, margines błędu w rejonach prac budowlanych musi być zerowy. Nadmierna prędkość w takim kontekście to prosta droga do katastrofy. Jeśli to nietypowe urządzenie ma realnie zredukować to ryzyko, jego istnienie jest w pełni uzasadnione.

Urządzenie to pułapka, która celowo wprowadza w błąd?

Oczywiście, pomysł ten wywołuje lawinę kontrowersji. Znaczna część kierowców uważa, że takie postępowanie jest nieetyczne. Ich zdaniem, to nie jest już prewencja, lecz wyrafinowana pułapka, której celem jest celowe wprowadzanie w błąd w celu naliczenia mandatów.

Część kierowców uważa, że urządzenie celowo wprowadza w błąd i działa bardziej jak pułapka niż element prewencji.

Niezależnie od tego, czy uznamy to za majstersztyk inżynierii bezpieczeństwa, czy za cyniczną metodę fiskalną, jedno jest pewne: na budowie nie możemy już ufać temu, co widzimy. Urządzenie, które z daleka wygląda jak niegroźna koparka, z bliska okazuje się nieprzejednanym elektronicznym strażnikiem przepisów drogowych. Pozostaje zatem wdrożyć zasadę ograniczonego zaufania i po prostu trzymać się znaków.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze