Globalny rynek elektryków w dół: Chiny i USA hamują rewolucję po styczniowych spadkach.

Jarek Michalski

W świecie motoryzacji, gdzie jeszcze niedawno elektryki wydawały się nieuniknioną, jedyną przyszłością, nadeszło bolesne zderzenie z rzeczywistością. Dane za styczeń 2026 roku malują obraz, który przyprawia o zawrót głowy inwestorów i zmusza zarządy koncernów do nerwowych ruchów. Czy euforia zielonej rewolucji faktycznie wyhamowała, czy może to tylko chwilowy kaszel na drodze do elektryfikacji? Przeanalizujmy, co stało się z globalnym popytem na „benzynowe morderców”.

Elektryczny spadek: Styczeń 2026 to bolesny reset

Początek 2026 roku przyniósł absolutny szok na rynku pojazdów zeroemisyjnych. Według analiz firmy Benchmark Mineral Intelligence, cytowanych przez Reutersa, globalna sprzedaż samochodów w pełni elektrycznych (BEV) oraz hybryd plug-in (PHEV) zanotowała spadek o całe 3 procent w porównaniu do stycznia roku poprzedniego. Mówimy tu o rejestracji niespełna 1,2 miliona sztuk. To nie jest drobna korekta – to gwałtowne szarpnięcie w tył po latach hossy, kiedy wzrosty rzędu kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu procent były normą.

Co jest głównym winowajcą tego zimnego prysznica? Analitycy są zgodni: to przede wszystkim zmiana polityki fiskalnej. Jeszcze niedawno wsparcie państwowe stanowiło „>Cytat: nawet 20-30 proc. ceny samochodu elektrycznego” w niektórych regionach. Gdy te dotacje i przywileje znikają lub są drastycznie ograniczane, rzeczywista cena zakupu dla konsumenta rośnie, a to natychmiast odbija się na statystykach. Czyżby rynek wreszcie zaczął liczyć twarde euro, a nie obietnice ekologiczne?

Chiny i USA: Główni hamulcowi globalnego wyścigu

Podczas gdy Europa próbuje trzymać tempo, dwa największe rynki elektromobilności – Chiny i Ameryka Północna – zaliczyły spektakularne wpadki. To właśnie te regiony pociągnęły globalny wskaźnik w dół.

Chiny, dotychczas niekwestionowany lider, zanotowały „>Cytat: sprzedaż zmniejszyła się tam o około 20 proc.”, spadając poniżej magicznej bariery 600 tysięcy pojazdów. Jest to najsłabszy miesięczny wynik od prawie dwóch lat. Powodem jest nie tylko wycofanie hojnych subsydiów, ale także wprowadzenie nowego podatku od zakupu, co dla wielu potencjalnych nabywców oznacza realne kilkanaście tysięcy złotych więcej w cenniku.

Sytuacja w Ameryce Północnej jest wręcz dramatyczna – tu odnotowano wręcz miażdżący spadek o 33 procent, co dało wynik nieco ponad 85 tysięcy samochodów. W samych Stanach Zjednoczonych był to najgorszy miesiąc handlowy od początku 2022 roku. Tutaj, oprócz zmian w ulgach podatkowych, ciężar gatunkowy kładzie wysokie oprocentowanie kredytów i leasingów, które skutecznie dławią możliwość finansowania drogich, nowych technologii.

Europa na przekór trendom, czyli jak „duszenie normami” działa

W tym tle, Europa jawi się jako pewien ewenement, choć i tu nie obyło się bez zadyszki. Stary Kontynent odnotował wzrost sprzedaży o 24 procent, zbliżając się do 320 tysięcy rejestracji. Jest to jednak najwolniejsze tempo wzrostu od niemal roku. Europa nadal „gnana jest batem” restrykcyjnych norm emisji spalin, które w praktyce zmuszają producentów do agresywnej sprzedaży BEV, aby nie płacić gigantycznych kar.

Interesujący jest jednak fakt, że mimo chwilowego wzrostu pod przymusem regulacyjnym, także na Starym Kontynencie widać sygnali o możliwym spowolnieniu, ponieważ UE i Chiny mierzą się z koniecznością łagodzenia części najbardziej restrykcyjnych regulacji wspierających elektromobilność.

Warto jednak odnotować, że prawdziwą siłą napędową wzrostu w styczniu okazały się rynki wschodzące. Regiony te (wyłączając Chiny) odnotowały skok o imponujące 92 procent, zbliżając się do 190 tysięcy pojazdów. Brazylia, Tajlandia i Korea Południowa wykazują silny popyt, często wspierany przez lokalne programy akceleracyjne oraz rosnący eksport chińskich modeli do Ameryki Południowej.

Przebudzenie z inwestycyjnej gorączki i miliardowe straty

Odbicie na rynkach chińskim i amerykańskim nie jest tylko problemem statystycznym – to realny finansowy cios dla całego przemysłu. Obniżony popyt oznacza, że rewolucja elektryczna, która wymagała gigantycznych nakładów kapitałowych, zaczyna zagrażać rentowności.

W ciągu ostatniego roku globalni giganci motoryzacyjni musieli dokonać odpisów o łącznej wartości około 55 miliardów dolarów. To niemal 220 miliardów złotych ulokowanych w technologiach, które muszą nagle obronić swoją pozycję cenową. Konsekwencje są natychmiastowe: producenci tną wydatki, odsuwają w czasie premiery nowych, zaawansowanych platform i spowalniają rozbudowę mocy produkcyjnych.

Wojny cenowe, zwłaszcza te narzucone przez dynamicznie rozwijające się chińskie marki, w połączeniu z nieco bardziej zróżnicowanymi i ostrożnymi oczekiwaniami europejskich klientów, zmuszają zarządy do korygowania kursu. Jak podkreślają przedstawiciele branży, zbyt szybka, podyktowana politycznie transformacja, bez pełnej akceptacji masowego konsumenta, może zagrozić stabilności zatrudnienia i rentowności fabryk, które od dekad opierają swój biznes na silnikach spalinowych. Czy to jest moment, w którym „elektryfikacja na siłę” zaczyna się sypać?

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze