Zapewne znasz to uczucie: szybkie zakupy, kilkanaście minut w sklepie i powrót do samochodu, a za wycieraczką już czeka niechciany „niespodziewany gość” w postaci wezwania do zapłaty. Parkometry i opłaty za postój, niegdyś kojarzone głównie z dyskontami typu Lidl czy Biedronka, dziś rozprzestrzeniły się niczym wirus na parkingi pod licznymi sklepami, biurowcami i punktami usługowymi. Czy to legalne, i co ważniejsze – czy musimy płacić te „prywatne mandaty”, które nierzadko budzą więcej kontrowersji niż te miejskie?
Dlaczego prywatni operatorzy zastawiają na nas pułapki parkingowe?
Początkowo, instalacja parkometrów i systemów biletowych na parkingach przy centrach handlowych miała jeden, szlachetny cel: ukrócić proceder zajmowania miejsc przez osoby, które w danym miejscu nie robią zakupów, a jedynie traktują teren komercyjny jako darmowy parking dla swoich dojazdów do pracy czy innych spraw. W efekcie powstał mechanizm, który zazwyczaj pozwala na darmowe parkowanie przez określony czas – zwykle około godziny – po pobraniu biletu. Przekroczenie tego limitu skutkuje naliczeniem opłaty.
Problem pojawia się, gdy kontroler, wystawiając wezwanie do zapłaty (które intuicyjnie nazywamy karą, choć prawnie to inna kategoria), nie znajdzie za szybą wymaganego dokumentu. Najczęściej opłata ta oscyluje w granicach 100-150 zł. Co ciekawe, jak wskazują eksperci, wezwania te często zawierają drobne uchybienia formalne – zapomnieliśmy położyć bilet za szybą, pomyliliśmy się w cyfrze numeru rejestracyjnego, a wszystko to może stać się naszą kartą przetargową.
Mandat to uproszczona kara za popełnienie czynu zabronionego. Aby wyegzekwować kwotę mandatu wystarczy, aby urząd skarbowy wszczął egzekucję administracyjną i zajął środki na rachunku bankowym.
To kluczowa różnica. „Kary” wystawiane przez prywatne firmy parkingowe, te karteczki pod wycieraczką czy listy wysyłane pocztą, to w świetle prawa nie są mandaty. To wyłącznie wezwania do zapłaty kierowane do nas jako do konkretnego przedsiębiorcy zarządzającego terenem. Firmy te, często stosując groźny ton, straszą wpisem do rejestru dłużników lub wysyłają pisma przedsądowe, by wymusić płatność. Ale czy taka presja ma podstawy prawne?
Opłata za brak biletu parkingowego nie jest mandatem – to klucz do obrony
Musimy sobie jasno uświadomić: prywatny zarządca parkingu ma prawo ustalać własny regulamin na swoim terenie. Jednak nawet ta swoboda ma swoje granice wyznaczone przez obowiązujące prawo. Jak podkreśla radca prawny Karol Hojda, te „kary” nie mają statusu oficjalnego mandatu. To po prostu roszczenia cywilne kierowane przez firmę do osoby, która rzekomo naruszyła regulamin.
Prywatna firma może co najwyżej o to grzecznie poprosić, a my możemy odmówić udzielenia takich informacji.
Dlaczego dane kierowcy są dla operatorów tak istotne? Prawo polskie w kontekście wykroczeń drogowych, ale także w przypadku domniemanych naruszeń regulaminów prywatnych, stanowi, że odpowiedzialność ponosi wyłącznie kierujący pojazdem, a nie właściciel.
W odróżnieniu od miejskich stref płatnego parkowania, opłaty za parkowanie nie można bezrefleksyjnie domagać się od właściciela pojazdu. W przypadku parkingów zarządzanych przez prywatne podmioty konieczne jest wykazanie przez zarządcę osoby, która zaparkowała określony pojazd w konkretnym miejscu i czasie. To z tą osobą – zgodnie z regulaminem – zawierana jest dorozumiana umowa najmu miejsca parkingowego. Tylko względem tej osoby zarządca może zasadnie dochodzić jakichkolwiek roszczeń, czy to na drodze polubownej, czy sądowej.
Jak skutecznie odpierać zarzuty prywatnych windykatorów?
I tu leży sedno sprawy. Prywatny operator może uzyskać dane właściciela poprzez CEPiK, ale nie jest w stanie magicznie ustalić, kto dokładnie znajdował się za kierownicą w momencie postoju. Nawet jeśli sprawa trafi do sądu, właściciel pojazdu ma mocną pozycję obronną. Jeśli stanowczo twierdzi, że nie był kierowcą i nie pamięta, komu powierzył kluczyki, szanse operatora drastycznie maleją.
Co radzą prawnicy w takich sytuacjach?
Hojda zaleca precyzyjną i stanowczą reakcję w korespondencji z operatorami parkingów:
- jasno wskazać, że nie uznajemy roszczenia,
- domagać się przesłania podpisanej umowy oraz faktury za rzekomo wykonaną usługę,
- złożyć sprzeciw przeciwko wpisowi do rejestru dłużników,
- złożyć sprzeciw w zakresie przetwarzania danych osobowych oraz domagać się ich usunięcia.
Część firm parkingowych próbuje straszyć, powołując się na art. 286 Kodeksu Karnego – oszustwo. Choć zdania prawników są podzielone (niektórzy widzą tu raczej wykroczenie szalbierstwa z art. 121, par. 2 Kw), operatorzy i tak napotykają ten sam mur: brak kierowcy.
Nawet jeśli policja zdecyduje się wszcząć postępowanie, scenariusze są dla kierowcy korzystne. Jeśli wezwany właściciel jest potencjalnym obwinionym, ma pełne prawo do odmowy składania wyjaśnień i odpowiedzi na pytania, korzystając z przywileju milczenia. Jeśli natomiast zostanie wezwany jako świadek, może odmówić odpowiedzi na pytania, jeśli mogłyby one narazić jego lub osobę najbliższą na odpowiedzialność karną.
Ostatecznie, aby prywatna opłata stała się prawnie wiążącym zobowiązaniem, sprawa musi trafić do sądu cywilnego. Tam zarządca musiałby udowodnić istnienie jasnego, czytelnego regulaminu i udowodnić, że kierowca, a nie właściciel, zawarł tę dorozumianą umowę. Jeśli właściciel twardo obstaje przy swoim, a kierowcę trudno jest zidentyfikować, finał sprawy dla operatora jest zazwyczaj niepomyślny.
