Masz wrażenie, że na drogach panuje chaos? Ostatnie incydenty z udziałem komunikacji zbiorowej tylko utwierdzają w przekonaniu, że zdrowy rozsądek kierowców coraz częściej ustępuje miejsca absurdalnym decyzjom. Niedawny przypadek ze Świdnika to podręcznikowy przykład lekceważenia przepisów i ignorowania fundamentalnych zasad bezpieczeństwa – autobusu z pasażerami, który z premedytacją zatrzymał się na czynnym przejeździe kolejowym. To nie tylko skrajna nieodpowiedzialność, to po prostu cud, że obeszło się bez katastrofy.
Autobus na torach w Świdniku: Ominął rogatki, czekał na pociąg?
Scena, która rozegrała się na przejeździe kolejowym przy stacji Świdnik Wschód, mrozi krew w żyłach. Z nagrań monitoringu wynika, że wydarzenia potoczyły się w sposób, który wymyka się wszelkiej logice. Kiedy sygnalizacja świetlna zmieniła się na czerwoną, a ostrzegawczy dzwonek dał znać o zbliżającym się zagrożeniu, kierowca autobusu – przewożącego nie tylko siebie, ale i całą grupę pasażerów – zignorował komunikaty.
Co więcej, pojazd zatrzymał się dopiero po zakończeniu manewru skrętu, co w tej konkretnej lokalizacji oznaczało, że część autobusu znalazła się już poza linią bezpieczeństwa, a przód pojazdu tkwił niebezpiecznie blisko torów. Jak relacjonują świadkowie, wyglądało to, jakby kierowca w ogóle nie zwracał uwagi na sygnały ostrzegawcze. Jego reakcja sugeruje, że dopiero po chwili zreflektował się, że jego manewr był błędem. Postój trwał kilka sekund, po czym podjął decyzję o kontynuowaniu jazdy.
Gdy rogatki zaczęły opadać, było już za późno – kierujący przyspieszył, ale nie zdążył wyjechać. I tu dochodzimy do sedna absurdu tej sytuacji.
Ponad minuta bezczynności w obliczu śmiertelnego zagrożenia
Najbardziej niepokojące w całym zajściu było zachowanie kierowcy po uwięzieniu pojazdu między rogatkami. Miał pełną świadomość, że stoi na zamkniętym przejeździe, narażając na niebezpieczeństwo życie pasażerów i załogi nadjeżdżającego składu – nie wspominając o potencjalnych milionowych stratach dla kolei. W takich momentach priorytetem jest natychmiastowa ewakuacja lub forsowanie przeszkody, nawet kosztem uszkodzenia mienia, jak choćby złamanej rogatki.
A co zrobił bohater tego zdarzenia? Czekał. Bezczynnie.
Pomimo tego kierowca autobusu czekał bezczynnie ponad minutę. Nie próbował sforsować przejazdu, ani nawet nie nakazał swoim pasażerom ewakuacji z pojazdu.
Ta minuta bezczynności, w której mógł dojść do najgorszego, jest symboliczna dla braku profesjonalizmu. Dopiero po takim czasie „zauważył” lukę między rogatkami, na tyle szeroką, by autobus mógł bezpiecznie przejechać. To rodzi fundamentalne pytanie: jak można nie zauważyć prześwitu, który pozwala na wyjazd, stojąc nieruchomo przez kilkadziesiąt sekund? Ironią losu jest fakt, że zaledwie dziesięć sekund po tym, jak autobus opuścił przejazd, przejechał tamtędy pociąg towarowy.
Konsekwencje: zwolnienie, mandat i punkty karne – czy to wystarczy?
Taka jazda nie ujdzie płazem. Postępowanie wyjaśniające ruszyło pełną parą. Rzeczniczka lubelskiego MPK, Weronika Opasiak, w rozmowie z RMF FM potwierdziła, że to zdarzenie ma poważne konsekwencje dla pracownika.
Kierowca musi liczyć się z dwutorowymi sankcjami: dyscyplinarnymi i prawnymi.
Po pierwsze, w MPK toczy się postępowanie, a kierowcy grozi zwolnienie z pracy. Zważywszy na wagę przewożonych osób i potencjalną katastrofę, trudno sobie wyobrazić inną decyzję.
Po drugie, sprawę bada policja, wstępnie pod kątem wykroczenia wjazdu na zamknięty przejazd kolejowy. Za to przewidziane są surowe kary: mandat w wysokości 2000 zł oraz 15 punktów karnych.
Paradoksalnie, pojawia się jednak wątpliwość, czy te sankcje w pełni oddadzą powagę sytuacji. Kierowca MPK twierdzi, że w momencie wjazdu czerwonego światła nie było. Zapytana o to, rzeczniczka MPK podkreśliła sprzeczność samą w sobie: skoro był przekonany, że może jechać bezpiecznie, to dlaczego w ogóle się zatrzymał przed torami?
Jak mogło dojść do tak niebezpiecznego zdarzenia? Rzeczniczka lubelskiego MPK Weronika Opasiak w rozmowie z RMF FM wyjaśniła, że według kierującego autobusem, w momencie gdy wjechał na przejazd, nie było włączonego czerwonego światła.
Niezależnie od tego, czy była to wina sygnalizacji, czy błędu ludzkiego, ponadminutowe czekanie na otwartej przestrzeni, z rogatkami opadającymi na pojazd, jest niewybaczalne. Mamy tu do czynienia z klasycznym przykładem, gdzie stres lub pośpiech przeradzają się w jawne narażenie życia – i to w pojeździe, który ma z definicji wyższy standard odpowiedzialności niż cywilne auto.
