Kierowcy wskazują obcokrajowców, by uniknąć mandatów, ale to ryzykowne przestępstwo.

Jarek Michalski

Otrzymujesz list z GITD ze zdjęciem z fotoradaru i od razu zaczynasz szukać drogi ucieczki? To już nie przelewki. Polscy kierowcy od lat toczą bój z inspekcją, wymyślając coraz bardziej wyszukane metody na uniknięcie mandatu. Kiedyś wystarczyło powiedzieć „nie pamiętam”, dziś gra toczy się o znacznie wyższą stawkę. Przyjrzymy się, jakie strategie są obecnie na topie i dlaczego te „genialne” pomysły mogą skończyć się dla właściciela pojazdu znacznie gorzej niż sam mandat.

Od „nie pamiętam” do cyfrowej pułapki: Ewolucja unikania odpowiedzialności

Pismo z Generalnej Inspekcji Transportu Drogowego (GITD) dotyczące wykroczenia zarejestrowanego przez fotoradar to dopiero wstęp do procedury – tak naprawdę jest to wezwanie do złożenia wyjaśnień. Właściciel pojazdu ma do wyboru trzy ścieżki: przyznać się, wskazać faktycznego sprawcę lub zagrać w karty z urzędem i liczyć na amnezję.

Jeszcze kilka lat temu opcja numer trzy, czyli odmowa wskazania sprawcy, była finansowo opłacalna. Kara za tę „niepamięć” była stała i wynosiła równe 500 zł, co dla wielu było czystym zyskiem w porównaniu z potencjalnym wysokim mandatem (sięgającym nawet 2500 zł bez recydywy) i utratą punktów karnych. Jednak ustawodawca szybko zorientował się, że takie regulacje zachęcają do systemowego oszustwa.

Reagując na to, podniesiono stawki drastycznie. Obecnie kara za niewskazanie kierującego musi być co najmniej dwukrotnością pierwotnej grzywny, ale nigdy nie schodzi poniżej 800 zł. Jak to wygląda w skrajnym przypadku? Jeśli sprawa trafi do sądu, można usłyszeć kwotę sięgającą 30 tysięcy złotych. Ten finansowy argument za „niepamięcią” zniknął w mgnieniu oka.

Metoda na „zagranicznego kierowcę” i dlaczego to ryzykowny hazard

W obliczu zaostrzenia przepisów dla Polaków, rozkwitła nowa, kontrowersyjna strategia. Kierowcy, chcąc uniknąć odpowiedzialności, masowo wskazują jako sprawców osoby, których dane osobowe są trudne do weryfikacji przez polskie służby. Mowa tu najczęściej o obywatelach krajów spoza Unii Europejskiej, takich jak Ukraina, Białoruś czy Gruzja.

Motywacja jest prosta i zakłada biurokratyczną opieszałość: kierowcy liczą na brak szybko działających umów międzynarodowych o ściganiu wykroczeń drogowych, co ma sprawić, że sprawa „zgubiona” w biurokratycznej machinie ulegnie przedawnieniu. Jest to szczególnie popularne wśród motocyklistów, gdzie kask skutecznie zasłania twarz, uniemożliwiając identyfikację z samego zdjęcia fotoradarowego.

Czy system się zorientował, kto prowadził?

Wielu graczy ignoruje fakt, że system weryfikacji danych staje się zaskakująco sprawny. Działają już 32 Krajowe Punkty Kontaktowe w państwach członkowskich UE oraz w krajach o statusie obserwatorów, do których należą m.in. Ukraina, Mołdawia, Czarnogóra i Armenia. Służby mają narzędzia, by zweryfikować, czy wskazana osoba w ogóle istnieje i kluczowe – czy faktycznie przebywała na terenie Polski w dniu wykroczenia.

Jeżeli GITD stwierdzi, że podane dane są fałszywe, lub nie ma dowodów na pobyt rzekomego sprawcy w kraju, problem wraca do właściciela pojazdu, ale już zupełnie inną, znacznie groźniejszą ścieżką.

Fałszywe zeznania to przestępstwo, a nie wykroczenie

Tutaj zaczyna się prawdziwy dramat dla tych, którzy postanowili kombinować. Podanie nieprawdziwych informacji w celu uniknięcia mandatu to nie już drobne wykroczenie, ale poważne przestępstwo obciążone surowymi konsekwencjami kodeksu karnego.

Kluczowy w tej materii jest artykuł 233 Kodeksu karnego. Penalizuje on składanie fałszywych zeznań, które mają służyć jako dowód w postępowaniu. Za to przestępstwo grozi kara pozbawienia wolności do 3 lat. Dodatkowo, może zostać zastosowany artykuł 65 Kodeksu wykroczeń, dotyczący umyślnego wprowadzania organów w błąd co do własnej lub cudzej tożsamości.

GITD ma pełne prawo żądać od właściciela pojazdu dowodów na to, że wskazany obcokrajowiec faktycznie w tym czasie przebywał w Polsce i kierował autem. Brak takich dowodów skutkuje skierowaniem sprawy do sądu, gdzie grzywna za przekroczenie prędkości staje się najmniejszym zmartwieniem. Sąd może nałożyć karę znacznie wyższą niż mandat, a nawet wydać wyrok za przestępstwo, nawet jeśli będzie to wyrok w zawieszeniu.

Czy obcokrajowiec może uniknąć mandatu podczas kontroli?

O ile w korespondencji z fotoradarów oszuści próbują wykorzystać luki, o tyle klasyczna kontrola drogowa działa na zupełnie innych zasadach. Jeśli policjant zatrzyma obywatela spoza Unii, który nie ma stałego miejsca zamieszkania w Polsce, wchodzi w życie procedura mandatu gotówkowego.

Dla takiego kierowcy nie ma litości typu „zapłacę później przelewem”. Funkcjonariusze egzekwują natychmiastowe uiszczenie grzywny – gotówką lub kartą. Co jednak, gdy kierowca nie ma pieniędzy lub kategorycznie odmawia zapłaty? Konsekwencje są natychmiastowe i dotkliwe: zatrzymanie może skończyć się aresztem, a sprawa jest rozpatrywana przez sąd w trybie przyspieszonym. Zatrzymanie może trwać aż do momentu uiszczenia należności.

System punktowy a kierowcy z zagranicy

Wśród kierowców krąży popularny mit, że obcokrajowcy są w jakiś magiczny sposób zwolnieni z punktów karnych. To nieprawda, która może kosztować utratę uprawnień. Cudzoziemcy otrzymują punkty karne na tych samych zasadach, co obywatele Polski. Policja tworzy dla nich tymczasowy profil w systemie CEPiK.

Te punkty kumulują się i są ważne przez rok od momentu opłacenia mandatu. Jeśli zagraniczny kierowca przekroczy limit 24 punktów, traci prawo do prowadzenia pojazdów na terenie Polski. Co więcej, jeśli prawo jazdy zostało wydane poza Polską, zatrzymany dokument zostanie niezwłocznie przekazany do właściwego organu państwa wydającego.

Metody na uniknięcie mandatu z fotoradaru – legalne i te, za które można pójść siedzieć

Kierowcy wciąż liczą na to, że sprawa ulegnie przedawnieniu. GITD ma 180 dni na wysłanie wezwania do właściciela pojazdu od momentu wykroczenia, a maksymalnie rok na skierowanie sprawy do sądu. Statystycznie, blisko 30 proc. kierowców, którzy ignorują korespondencję, pozostaje bezkarnych, ale ryzyko jest ogromne, gdyż sprawa trafiająca na wokandę to potencjalna grzywna do 30 000 zł.

Ryzykowna jest również granie w „łańcuszek” – celowe wskazywanie kolejnych osób, które rzekomo pożyczały auto. Wszyscy w tym procesie narażają się na zarzuty składania fałszywych wyjaśnień.

Zamiast wdawać się w nielegalne intrygi, warto weryfikować legalność procedury lub poprawność działania urządzenia. W przypadku starszych fotoradarów argument o pomyłce pomiaru, gdy w kadrze znajdowało się kilka aut, bywał skuteczny. Dziś nowoczesne rejestratory, takie jak TraffiStar SR390, śledzą prędkość na kilku pasach jednocześnie, de facto eliminując tę linię obrony.

Stanowczo odradzamy metody „siłowe”, jak zakrywanie tablic czy używanie sprayów antyradarowych. Celowe utrudnianie identyfikacji pojazdu to niemal pewny mandat w wysokości do 5 tysięcy złotych i zatrzymanie dowodu rejestracyjnego. Jeśli mandat jest nieunikniony, pamiętaj, że punkty karne znikają po roku, ale liczy się to dopiero od momentu uiszczenia grzywny, na co masz siedem dni.

Stuprocentowa metoda na uniknięcie mandatu

Ostatecznie, jedyną metodą gwarantującą uniknięcie problemów prawnych z GITD jest prewencja. Choć zaawansowane systemy nawigacyjne i aplikacje ostrzegają o kontrolach, to jedynie jazda zgodna z przepisami i konsekwentne korzystanie z tempomatu eliminują ryzyko otrzymania kary w 100 procentach.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze