Komisja Europejska chce tanich aut elektrycznych na wzór japońskich kei carów.

Jarek Michalski

Rewolucja w zasięgu ręki czy kolejna utopia Brukseli? Komisja Europejska szykuje grunt pod tanie elektryki, ale producenci mają spore wątpliwości. Czy w obliczu chińskiej inwazji Europejczycy doczekają się wreszcie miejskich aut, które nie zrujnują portfela? Nadchodzące miesiące przyniosą odpowiedź, czy wizja samochodów za mniej niż 60 tysięcy złotych ma szanse na realizację.

Elektryczny powrót do źródeł: Nowa nadzieja za 60 tysięcy złotych

Wielkimi krokami zbliża się moment, w którym europejski rynek samochodowy ma doczekać się znaczącej korekty cenowej. Komisja Europejska, pod presją rosnącej konkurencji ze strony azjatyckich gigantów, zamierza 10 grudnia przedstawić projekt kluczowy dla stabilizacji sektora motoryzacyjnego. Chodzi o stworzenie specjalnej niszy dla małych, ekonomicznych samochodów elektrycznych, które mogłyby operować w przedziale cenowym 15 do 20 tysięcy euro – to w przeliczeniu daje obietnicę cen startujących gdzieś w okolicach 60 tysięcy złotych. Czy to w ogóle realne?

Kluczem do obniżenia kosztów ma być radykalne odchudzenie specyfikacji technicznej. Propozycja zakłada stworzenie nowej kategorii pojazdów – małych aut miejskich o długości ograniczonej do 4,2 metra. Najważniejsza zmiana? Otóż z tych pojazdów mogłyby zniknąć niektóre obecnie obowiązkowe systemy bezpieczeństwa i zaawansowani asystenci kierowcy. Taka „demilitaryzacja” nowoczesnych samochodów pozwoliłaby znacząco obniżyć koszty produkcji, nie rezygnując jednak z napędu zeroemisyjnego.

Inspiracją dla tej europejskiej inicjatywy są japońskie Kei Cary – małe, niezwykle funkcjonalne i cenowo komfortowe samochody, które cieszą się w Kraju Kwitnącej Wiśni licznymi ulgami. Europa patrzy na tę koncepcję z nadzieją, choć eksperci wskazują, że implementacja takiego pomysłu będzie wymagała gruntownej redefinicji obowiązujących regulacji bezpieczeństwa. To nie lada wyzwanie legislacyjne, ale być może konieczne zło, by utrzymać europejską motoryzację przy życiu.

Renault kontratakuje: Po co nam nowa kategoria, skoro mamy już Twingo?

Podczas gdy Bruksela kombinuje nad nową kodyfikacją prawną, niektórzy giganci branży mają odmienne zdanie. Szefowie Renault, goszcząc na prezentacji nowego elektrycznego Twingo w Paryżu, zdają się mówić: stop. Według nich, najlepszym, co Komisja mogłaby zrobić dla rynku tanich „elektryków”, to po prostu zaprzestać dalszego zaostrzania przepisów.

Francois Provost, jeden z dyrektorów, stanowczo podkreślił skalę problemu: do 2030 roku Europa planuje wprowadzić ponad sto nowych regulacji dla przemysłu motoryzacyjnego. To kolosalne obciążenie. Jak zauważył Provost, to oznacza, że Renault będzie musiało skierować około jednej czwartej swoich inżynierów wyłącznie na wdrażanie nowych dyrektyw.

Według Provosta lepiej byłoby, gdyby ci sami specjaliści zajęli się obniżaniem kosztów i doskonaleniem technologii, która w przyszłości mogłaby stać się jeszcze tańsza.

To sedno sporu. Czy potrzebujemy skomplikowanych, regulowanych nowelizacją kategorii aut, czy wystarczy po prostu dać rynkowi odetchnąć i uwolnić potencjał inżynieryjny do cięcia kosztów tam, gdzie to możliwe? Francuska marka uważa, że ta druga droga jest bliższa prawdy.

Obecny asortyment Renault dowodem na to, że da się taniej

Dyrektorzy Renault zwracają uwagę, że Europa już posiada samochody, które teoretycznie kwalifikują się do tej nowej, taniej estetyki miejskiej. Wystarczy spojrzeć na ich portfolio. Nowe Twingo, długo wyczekiwane Renault 5, a nawet Renault 4, a także kompaktowe Megane – wszystkie te modele mieszczą się w wymaganym limicie 4,2 metra długości. Megane mierzy zaledwie 4199 mm!

Argument Renault jest prosty: zamiast tworzyć skomplikowaną, biurokratyczną kategorię X dla tanich aut, koncerny powinny mieć przestrzeń na optymalizację obecnych modeli. Jeśli unijny regulator przestanie dokładać kolejne warstwy wymogów (szczególnie tych związanych z zaawansowanymi systemami, które windują cenę kosztem prostoty), rynek naturalnie dostosuje podaż do popytu na tańsze, choć może nieco uboższe w dodatki, pojazdy elektryczne.

Sytuacja jest zatem złożona. Komisja widzi problem w braku dostępu do tanich EV i proponuje regulowane rozwiązanie, wzorowane na dalekowschodnim modelu. Z kolei producenci, zmęczeni regulacjami, argumentują, że im mniej nowych przepisów, tym szybciej uda się obniżyć ceny istniejących, sprawdzonych konstrukcji. Kto ma rację w tej motoryzacyjnej debacie o przystępności cenowej? Czas pokaże, czy wizja Twingo za 60 tysięcy złotych to zasługa Brukseli, czy też naturalnej ewolucji cenowej wymuszonej przez rynkową konieczność.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze