Koniec dopłat w programie NaszEauto grozi załamaniem rynku samochodów elektrycznych.

Jarek Michalski

Wyobraźcie sobie sytuację, w której motoryzacyjny boom na elektryki nagle wyhamowuje, a dealerzy zerkają na plac pełen niesprzedanych wtyczek. To nie jest scenariusz z dystopijnego filmu, ale realne zagrożenie dla polskiego rynku elektromobilności. Źródła donoszą, że państwowe wsparcie, które dotąd było głównym motorem napędowym, lada chwila może się skończyć.

Koniec dopłat do elektryków: Czy polski rynek EV czeka nagłe lądowanie?

Budżet programu „NaszEauto”, który miał pierwotnie zapewnić spokój aż do kwietnia 2026 roku, kurczy się w tempie, którego nikt się nie spodziewał. Mówimy tu o redukcji puli środków z 1,6 miliarda złotych do niespełna 1,2 miliarda. Dla rynku, który zęby zgrzytał od drogich baterii i wysokich cen zakupu, ten program był niczym tlen. A wygląda na to, że zapotrzebowanie na ten „tlen” okazało się znacznie większe niż przewidywano.

Według analiz Polskiego Stowarzyszenia Nowej Mobilności (PSNM), o których informuje „Rzeczpospolita”, pieniądze mogą się skończyć już w lutym, a niektórzy analitycy wróżą katastrofę już w styczniu 2026 roku. To brzmi jak wyrok dla ambitnych celów dekarbonizacji. Dlaczego ta informacja jest tak istotna? Bo dopłaty to nie jest luksus, to warunek konieczny do utrzymania dynamiki w segmencie, który wciąż wymaga znaczącej zachęty finansowej.

Dlaczego dopłaty były tak skuteczne? Cena to główny hamulec

Nie ma co ukrywać: Polacy kochają okazje, a w przypadku samochodów elektrycznych, które często plasują się w cenowej półce premium (spójrzmy prawdzie w oczy, popularne modele to wydatek rzędu 160 000 do 220 000 złotych), dopłaty były realną dźwignią dla podjęcia decyzji.

Jak ujął to Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego:

Zakończenie programu niemal natychmiast przełoży się na spadek liczby rejestracji.

Otrzymanie zwrotu w wysokości do 40 000 zł to przecież kwota, która pozwala na zakup porządnego samochodu spalinowego z drugiej ręki. Brak tego wsparcia natychmiast eksponuje główną barierę – cenę. W momencie, gdy zniknie „poduszka finansowa”, popyt zamrozi się, ponieważ klienci nie będą skłonni płacić pełnej ceny za technologię, która wciąż jest postrzegana jako droga inwestycja.

Osiągnięcie zakładanych 6,5% udziału samochodów elektrycznych w sprzedaży nowych aut osobowych do końca roku, co stawia nas w lepszej pozycji niż Czechy, Słowację, Grecję czy Włochy, jest bezpośrednią zasługą subsydiów. Bez nich, ta statystyka może szybko stać się jedynie historycznym wspomnieniem.

Prognozy: Czeka nas powtórka z niemieckiego szoku?

Jeśli odejdziemy od optymistycznych założeń i spojrzymy na twarde dane, perspektywa nie jest różowa. Eksperci nie owijają w bawełnę, przewidując gwałtowne tąpnięcie. Wojciech Drzewiecki z Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar ostrzega przed scenariuszem spektakularnego spadku.

Prognozuje spadek sprzedaży aut elektrycznych nawet o 50 proc. w skali kilku miesięcy.

Te słowa malują obraz potencjalnego krachu. Czy możemy się spodziewać „szczytu na ostatnią chwilę”? Bardzo prawdopodobne. Klienci, którzy odwlekali zakup, teraz rzucą się do salonów, by zdążyć skorzystać z ostatnich dostępnych funduszy – to klasyczna reakcja na wygasające dotacje. Jednak zaraz po tym nastąpi recesja.

Wystarczy spojrzeć za Odrę. Niemcy, po wycofaniu swoich hojnych dopłat pod koniec 2023 roku, odnotowały spadek rejestracji aut na prąd o całe 40 procent. Dlaczego mielibyśmy być inni? Nasz rynek jest mniej dojrzały, co czyni go teoretycznie bardziej wrażliwym na tego typu wstrząsy.

Czy polska motoryzacja przeżyje bez parasola ochronnego?

Wyczerpanie budżetu „NaszEauto” to nie tylko problem księgowy, to potencjalny kryzys wizerunkowy i logistyczny dla dealerów. Mniejsza liczba zamówień na samochody elektryczne może skutkować ograniczeniem ich dostępności w salonach. Po co importerom sprowadzać modele, na które popyt zniknie wraz z dopłatami?

Sytuacja jest patowa: z jednej strony ambicje klimatyczne i unijne dyrektywy, z drugiej – realia finansowe polskiego konsumenta. W tej chwili branża siedzi na minie i czeka na oficjalne komunikaty. Brak jasnych informacji o przedłużeniu programu lub wprowadzeniu nowych, równie atrakcyjnych mechanizmów wsparcia oznacza, że rozwój elektromobilności w Polsce może zostać zahamowany na najbliższe lata. Jeśli producenci samochodów nie obniżą drastycznie cen, a państwo nie usiądzie do stołu z nową ofertą, możemy zapomnieć o dynamicznej transformacji flotowej i prywatnej.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze