Mandat 75 euro i punkt za Yanosika w Niemczech.

Jarek Michalski

Wyobraź sobie, że wjeżdżasz do Niemiec, zrelaksowany po długiej podróży, a tu nagle, za sprawą aplikacji, którą traktowałeś jako najlepszego kumpla na drodze, czeka Cię nieprzyjemna niespodzianka. Mandat 75 euro i punkt karny za coś, co w Polsce jest standardem? Brzmi jak kiepski dowcip, ale dla wielu kierowców to surowa rzeczywistość niemieckiego prawa drogowego. Zanim przekroczysz Odrę, musisz wiedzieć, co kryje się za bananem, czyli za przepisem dotyczącym systemów wspomagających wykrywanie kontroli prędkości.

Niemiecka prohibicja: Dlaczego Yanosik i Waze budzą grozę za Odrą?

W Polsce przyzwyczailiśmy się do tego, że nasze smartfony to mobilne centra dowodzenia, które informują nas o każdej pułapce prędkości. Waze, Yanosik, a nawet Google Maps w polskiej konfiguracji – wszyscy pomagają unikać nieplanowanych wydatków na rzecz budżetu państwa. Ale kiedy te same narzędzia wjeżdżają na terytorium Republiki Federalnej Niemiec, stają się „narzędziem zabronionym”.

Sedno problemu tkwi w paragrafie 23 ust. 1b StVO – niemieckim kodeksie drogowym. Brzmi on twardo i bezkompromisowo: kierowca nie może podczas jazdy używać ani posiadać włączonego urządzenia, które ostrzega przed radarami lub ma za zadanie zakłócać ich działanie. Ta kategoria obejmuje nie tylko dedykowane antyradary, ale przede wszystkim te powszechnie używane aplikacje mobilne oraz funkcje w systemach nawigacyjnych.

Co ciekawe, niemieckie organy ścigania i sądy przyjmują interpretację, która jest znacznie bardziej restrykcyjna niż mogłoby się wydawać. Nie jest tu kluczowe, kto aktywnie obsługuje aplikację. Jak informują źródła, „niemieckie przepisy nie rozróżniają, kto faktycznie obsługuje aplikację. Nawet jeśli smartfon z włączonym ostrzeganiem leży u pasażera, prawo traktuje to jako naruszenie.” To jest ten moment, w którym wielu polskich kierowców łapie się za głowę. Samo „aktywne posiadanie” aktywnego programu to już podstawa do nałożenia sankcji.

Ile kosztuje cyfrowy „donosiciel”? Konsekwencje bycia złapanym

Konsekwencje tego, co w Polsce jest ułatwieniem, w Niemczech są odczuwalne finansowo i administracyjnie. Kara za ten „grzech” jest sztywna i dotkliwa. Mandat za korzystanie z aplikacji ostrzegającej przed fotoradarami standardowo wynosi 75 euro. Oprócz tej kwoty, dochodzi jeszcze jeden, groźniejszy dla „recydywistów” element: jeden punkt karny w centralnym niemieckim rejestrze. Jeden punkt może nie brzmieć groźnie, ale dla obcokrajowców oznacza to konieczność mierzenia się z kartoteką w obcym systemie prawnym.

W skrajnych przypadkach, funkcjonariusze mają prawo do zabezpieczenia urządzenia – telefonu lub nawigacji. A co gorsza? „W niektórych przypadkach – trwale usunąć nielegalne oprogramowanie.” To już ingerencja w prywatny sprzęt, podyktowana surowością przepisów.

Wielu kierowców, którzy przywykli do swobody, jaką daje np. Yanosik, uświadamia sobie problem dopiero podczas rutynowej kontroli za granicą. Warto zauważyć, że giganci tacy jak Google Maps potrafią geolokalizacyjnie „wyczuć” wejście do Niemiec i automatycznie dezaktywować ostrzeżenia o radarach, tak jak robią to w Polsce. Inni, jak na przykład użytkownicy Waze, zgłaszają, że ta aplikacja potrafi nadal informować o kontrolach. To rodzi pytania o granice technologicznej interpretacji prawa.

Czy można jakoś obejść system? Legalne sposoby na wiedzę o kontrolach

Czy to oznacza, że po wjeździe do Niemiec stajemy się kompletnie ślepi na to, co dzieje się na drodze? Niezupełnie. Prawo jest tu bardzo precyzyjne: zakaz dotyczy używania lub aktywnego posiadania podczas jazdy.

Możliwości, które pozostają w zgodzie z niemieckim bagażnikiem prawnym, są następujące:

  1. Planowanie trasy przed jazdą: Można, a nawet jest to wskazane, zaplanować trasę w aplikacji i sprawdzić lokalizacje fotoradarów zanim uruchomi się silnik. Po wyłączeniu silnika i rozpoczęciu podróży – już nie.
  2. Informacje radiowe: Komunikaty przekazywane w trakcie audycji radiowych są dopuszczalne. Dlaczego? Bo są traktowane jako ogólna informacja drogowa, a nie spersonalizowane ostrzeżenie dla konkretnego pojazdu.

Jeśli chodzi o sprzęt, sytuacja jest subtelniejsza. Urządzenia wielofunkcyjne, jak na przykład Ooono Co-Driver, teoretycznie mogą znajdować się w samochodzie. Kluczowe jest jednak upewnienie się, że funkcja ostrzegania o radarach jest całkowicie dezaktywowana. Samo posiadanie sprzętu nie jest przestępstwem; przestępstwem jest jego aktywne wykorzystanie podczas kontroli prędkości. Szukając alternatyw, kierowcy często wymieniają aplikację Blitzer, która chwali się bazą ponad 4 milionów użytkowników i wysoką oceną. Niemniej jednak, mądry kierowca wie, że w obliczu niemieckiej policji, wyłączenie telefonu na wszelki wypadek, to najbezpieczniejsza strategia prewencyjna.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze