Zmartwienie dla właścicieli diesli spod znaku koncernu Stellantis! Federalny Urząd ds. Ruchu Drogowego w Niemczech właśnie ogłosił szeroko zakrojoną akcję serwisową, która obejmuje setki tysięcy pojazdów marek Citroën, DS, Peugeot i Opel. Czy to kolejna odsłona problemów ekologicznych, czy może część systemowego „czyszczenia” oprogramowania? Przygotujcie się na aktualizację – i sprawdźcie, czy Wasz egzemplarz floty „Blue HDI” nie musi pilnie odwiedzić ASO.
Akcja serwisowa diesli. Nie chodzi o usterkę, ale o to, co regulacje mówią o spalinach
Sprawa dotyczy silników wysokoprężnych, a konkretnie jednostek o pojemnościach 1,5 l, 2,0 l oraz 2,2 l, oznaczonych jako Blue HDI. Federalny Urząd ds. Ruchu Drogowego (KBA) w Niemczech poinformował, że aż 711 tysięcy aut musi przejść obowiązkowy przegląd. Co ciekawe, jak donosi Interia, nie jest to reakcja na konkretną, powszechną usterkę mechaniczną, ale raczej na stwierdzone przez producenta „odstępstwo od norm” dotyczących emisji spalin. W świecie, gdzie normy Euro stają się coraz bardziej restrykcyjne, takie „odstępstwa” to ciche ostrzeżenie, że system oczyszczania spalin nie działa… idealnie.
W Polsce ta akcja serwisowa, będąca częścią globalnej kampanii uruchomionej przez Stellantis, objęła już w sierpniu 2025 roku około 20 000 samochodów. To solidna liczba, która pokazuje skalę problemu w naszym kraju.
Wojciech Osoś, rzecznik prasowy Stellantisa w Polsce, dokładnie wyjaśnia, na czym polega sedno sprawy, i tu robi się naprawdę ciekawie z perspektywy kierowcy:
Niektóre modele mogą nie informować klienta w przypadku wykrycia problemu przez system selektywnej redukcji katalitycznej (SCR) i/lub filtr cząstek stałych (DPF), co oznacza, że kontrolka awarii (MIL) nie zapali się. Nie jest to zgodne z wymaganiami regulacyjnymi dotyczącymi emisji.
Zatem, problem nie polega na awarii, która unieruchomi auto, ale na braku komunikacji z kierowcą o potencjalnym przekroczeniu norm emisyjnych. Dla kogoś, kto dba o ekologię, to informacja kluczowa; dla kogoś, kto zignoruje kontrolkę MIL, to potencjalny kłopot w przyszłości.
Masz takiego diesla? W serwisie dostanie nowy soft
Dobra wiadomość dla dotkniętych właścicieli polega na tym, że cała operacja jest relatywnie prosta i, co równie istotne, bezpłatna. „Naprawa polega na aktualizacji oprogramowania, polegającej na wgraniu zmodyfikowanej kalibracji jednostki sterującej silnikiem (ECU)” – tłumaczy Osoś. Szybciej niż wyskoczyć po kawę – cała operacja ma trwać mniej niż pół godziny. To klasyka współczesnej motoryzacji: zamiast grzebać w mechanice, przeprogramowuje się mózg samochodu.
Choć aktualizacja ma na celu lepsze zarządzanie układem SCR i DPF, co zwiększa zgodność z regulacjami, pojawia się intrygujący dylemat. Czy wszyscy skwapliwie rzucą się do ASO? Niekoniecznie. Autor artykułu sugeruje, że wielu kierowców może nie chcieć wgrywać „lepszego” oprogramowania, które szybciej zasygnalizuje potencjalne problemy z oczyszczaniem spalin. Paradoks? Z jednej strony, aktualizacja poprawia eko-wizerunek auta; z drugiej, wcześniejsza informacja o problemach z DPF może uchronić przed astronomicznie drogimi naprawami (filtry cząstek stałych potrafią kosztować majątek).
Sprowadzony samochód? Warto podjechać do ASO, i to na koszt dealera
W polskiej rzeczywistości motoryzacyjnej, gdzie dużą część rynku stanowią auta importowane, pojawia się kluczowe pytanie: co z pojazdami sprowadzonymi z zagranicy? O ile sieć dealerska zazwyczaj sama powiadamia właścicieli nowych lub niedawno kupionych aut, o tyle właściciele używanych importów często nie mają pojęcia o tego typu akcjach.
Tutaj wkracza prosta zasada eksploatacyjna: jeśli masz Peugeota, Opla, Citroëna lub DS-a z dieslem objętym tą kampanią, absolutnie powinieneś skontaktować się z Autoryzowanym Serwisem Obsługi (ASO). Wizyta w ASO, aby „przypisać” dane auto do polskiego rynku dealerskiego, jest zazwyczaj bezpłatna. Dealer ma wtedy pełny wgląd w historię serwisową (teoretyczną, jeśli chodzi o akcje) i może natychmiast sprawdzić, czy Cię ta procedura dotyczy. To minimalny wysiłek, który może uchronić Cię przed potencjalnymi problemami legislacyjnymi lub kosztownymi awariami eksploatacyjnymi wynikającymi z niedoskonałości fabrycznego oprogramowania sterującego emisją. Czujność w tym przypadku opłaca się podwójnie.
