Mejza zrzekł się immunitetu po 10 wykroczeniach drogowych, w tym jeździe 200 km/h.

Jarek Michalski

W świecie polityki i szybkich samochodów granice przyzwoitości i prawa bywają niebezpiecznie zatarte, a immunitet nieraz staje się wygodną tarczą. Niedawne wydarzenia z udziałem Łukasza Mejzy, byłego wiceministra sportu, doskonale ilustrują to zjawisko. Mamy do czynienia z kłębowiskiem wykroczeń drogowych, które ujawniają nie tylko skalę łamania przepisów, ale także to, jak długo można balansować na granicy odpowiedzialności, powołując się na przywileje.

Polityk PiS jechał 200 km/h. Mandatu nie przyjął, bo miał immunitet

Sytuacja, która miała miejsce w połowie października ubiegłego roku na drodze ekspresowej S3 w okolicach Polkowic, to gotowy materiał na scenariusz filmowy, choć w tym przypadku finał jest daleki od hollywoodzkiego. Łukasz Mejza, poruszając się, jak donoszą źródła, z prędkością 200 km/h na drodze z ograniczeniem do 120 km/h, świadomie zignorował przepisy. Przekroczenie prędkości o 80 km/h w strefie, gdzie bezpieczeństwo ma priorytet, to już duża sprawa, ale polityk poszedł o krok dalej – nie przyjął zaproponowanego mandatu, powołując się na pośpiech i co najważniejsze, na swój immunitet.

Oczywiście, szum medialny, który wywołało to zdarzenie, zmusił polityka do reakcji. Sam Mejza tłumaczył swoje zachowanie pilnym wyjazdem na lotnisko, sugerując, że przyjęcie mandatu i opłacenie go mogłoby spowodować spóźnienie na kluczowy samolot. Ironia losu polega na tym, że jak sam przyznał, mimo pośpiechu, na lot samolotu i tak nie zdążył. To klasyczny przykład, gdzie pretekst nie usprawiedliwia czynu. Deklarował wówczas, że gdy tylko będzie miał możliwość, naprawi swój błąd, przyjmując karę lub rezygnując z ochrony parlamentarnej.

W tle kolejne wykroczenia: Dziesięć przewinień na karku posła

Sprawa S3 to jednak czubek góry lodowej. Jak wynika z najnowszych ustaleń RMF FM, poza tym jednym, spektakularnym incydentem, na polityka czeka jeszcze dziewięć innych wezwań do zapłaty mandatów, zarejestrowanych przez fotoradary. Łącznie sprawa dotyczy dziesięciu wykroczeń drogowych. Funkcjonariusze chcieli nałożyć na niego karę w wysokości 2 500 zł i 15 punktów karnych za same 200 km/h, ale teraz ta suma musi zostać powiększona. Wśród kolejnych przewinień znajdują się sytuacje, gdzie przekroczenie prędkości oscylowało wokół 60 km/h (w dwóch przypadkach) oraz ponad 40 km/h (również w dwóch przypadkach). Kiedy te wszystkie punkty zostaną zsumowane, wizja utraty prawa jazdy staje się bardzo realną perspektywą dla kierowcy.

To naturalnie budzi pytania o etykę i powagę, z jaką polityk podchodzi do przestrzegania prawa, które jest zobowiązany współtworzyć i egzekwować.

Mejza zrzeka się immunitetu. Dlaczego zwlekał od października?

Koniec końców, Łukasz Mejza faktycznie podjął kroki w kierunku odpowiedzialności. Oświadczył, że zrzeka się immunitetu, otwierając drogę do ukarania za wszystkie wykroczenia. Jednak kluczowe jest pytanie: dlaczego zajęło to tak wiele miesięcy od momentu incydentu w październiku?

Początkowo Mejza insynuował, że skomplikowane procedury związane z formalnościami sejmowymi blokują proces. Cytując jego słowa, usłyszeliśmy:

„Formalnie, żeby zrzec się immunitetu, musi pojawić się wniosek, a on się nie pojawił”

Szybka weryfikacja medialna obnażyła tę wersję wydarzeń. Dziennikarze Interii wskazali, że pierwszy wniosek w tej sprawie został wysłany już w listopadzie 2025 roku i był wielokrotnie awizowany. Sam polityk miał ponoć dowiedzieć się o tym dopiero niedawno.

Prawdopodobnym motywem zwłoki było dążenie do maksymalnego wydłużenia okresu, w którym mógł bezpiecznie prowadzić swój pojazd. Zwlekanie z procedurą oznaczało utrzymanie prawa jazdy w kieszeni. Po zsumowaniu punktów karnych grozi mu utrata uprawnień. Teraz jednak machina ruszyła – dokumenty trafiły na biurko marszałka Sejmu. Decyzja została podjęta, a konsekwencje dla kariery i mobilności polityka są nieuniknione. Jak sam wyznał ze skruchą:

„Źle się zachowałem i nie mam zamiaru p******ć głupot, bo nic tego nie tłumaczy. Przepraszam”

Niezależnie od wypowiedzianych przeprosin i ostatecznego zrzeczenia się osłony, incydent ten stawia pod znakiem zapytania wiarygodność osób publicznych, które lekceważą przepisy ruchu drogowego, traktując je jako swego rodzaju opcjonalne wytyczne, a nie mandatoryjne normy prawne.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze