Czy nasz elektryczny boom to iluzja? Alarmujące statystyki z Niemiec rzucają cień na europejskie aspiracje elektromobilności, ukazując mroczną stronę „zielonej transformacji”, gdzie dealerzy stają się czołowymi nabywcami. Podczas gdy dane ACEA malują obraz dynamicznego wzrostu, rzeczywistość na kluczowych rynkach, jak Niemcy, sugeruje, że statystyki mogą być mocno podkręcone dla unikania kosztownych unijnych kar. Czy Polska jest bezpieczna przed tym procederem?
- Zakłamane statystyki z Niemiec. Co czwarty elektryk kupowany przez dealera?
- Dlaczego dealerzy rejestrują na siebie elektryki w Niemczech? To gra o miliardy euro!
- Utrata wartości samochodów elektrycznych. Klienci się cieszą, właściciele płaczą
- Polscy dealerzy nie przejmują się karami? To efekt programu „NaszEauto”
Zakłamane statystyki z Niemiec. Co czwarty elektryk kupowany przez dealera?
Rynek samochodów elektrycznych w Europie wydaje się pędzić jak szalony. Według najnowszych danych ACEA, w październiku 2025 roku udział pojazdów BEV w rejestracjach sięgnął 16,4 procent, co stanowi solidny wzrost w porównaniu do 13 procent z analogicznego okresu rok wcześniej. To wygląda imponująco. Ale spójrzmy na ojczyznę motoryzacji – Niemcy.
Tam, według Federalnego Urzędu Transportu Samochodowego (KBA), w październiku zarejestrowano 52 425 elektryków, co dało im aż 21 procent udziału, bijąc wynik z zeszłego roku o niemal 50 procent! Brzmi fantastycznie, prawda? No właśnie, „brzmi”.
Prawdziwy obraz wyłania się, gdy przyjrzymy się, kto faktycznie kupuje te pojazdy. Niemiecki portal n-TV zwraca uwagę na niepokojący trend: w tym roku już ponad 102 tysiące nowych, zarejestrowanych elektryków zostało „sprzedanych” i zarejestrowanych bezpośrednio przez samych dealerów. Biorąc pod uwagę, że KBA zarejestrowało około 452 tysięcy aut elektrycznych w tym samym okresie, wychodzi na to, że już blisko 23 procent nowych elektryków „sprzedawanych” w Niemczech to auta rejestrowane na firmę dealerską. Jeszcze w ubiegłym roku, jak donosi elektrowóz.pl, co szósty sprzedany elektryk fakturowany był na dealera. Eksperci motoryzacyjni już zacierają ręce, przewidując gwałtowny napływ na rynek wtórny niemal nowych samochodów.
Dlaczego dealerzy rejestrują na siebie elektryki w Niemczech? To gra o miliardy euro!
Skąd ten nagły, niemal dwukrotny wzrost „samorejestracji”? Odpowiedź jest prosta i kryje się w unijnych przepisach dotyczących emisji CO2. Niemcy to największy rynek motoryzacyjny w Unii, a producenci, którzy przekraczają ustalony średni limit emisji cząsteczek spalin dla swojej floty nowych pojazdów, płacą słone kary.
Obecnie ten limit to 93,6 grama CO2/km. Za każdy gram powyżej tej normy producent musi wyłożyć 95 euro. Żeby lepiej to zobrazować:
Przykładowo – Volkswagen Golf 1.5 TSI EVO (130 KM z ręczną 6-biegową skrzynią) emituje średnio 126 gramów CO2/km – o 32,4 grama ponad nowy limit. Każdy sprzedany egzemplarz oznacza więc dla Volkswagena karę w wysokości 3078 euro (32,4 gramy razy 95 euro), czyli około 12 910 złotych!
A tu wchodzi do gry magia elektromobilności. Komisja Europejska w swoich wyliczeniach traktuje auta bateryjne (BEV) jako emitujące 0 gramów CO2/km. Każdy zarejestrowany elektryk jest więc potężnym buforem, który „czyści” bilans emisyjny firmy. Producenci w Europie celują w posiadanie około 20-25 procent elektryków w swoim portfolio, by utrzymać się bezpiecznie poniżej progu kar.
Mówiąc dosadnie: jedno zarejestrowane auto elektryczne pozwala producentowi „bezkarnie” wprowadzić na rynek europejski trzy samochody spalinowe. Dealerzy rejestrują więc te pojazdy na siebie, „zalicza” się to jako sprzedaż, a samochody te za chwilę wracają na rynek jako używane, często w bardzo atrakcyjnych cenach. Kupujący się cieszą, bo mają prawie nowy samochód taniej, ale właściciele tych aut na rynku wtórnym zbierają później żniwo.
Utrata wartości samochodów elektrycznych. Klienci się cieszą, właściciele płaczą
Fenomen tanich, rocznych elektryków z pewnością cieszy konsumentów, którzy mogą zaoszczędzić. Jednak efekt jest druzgocący dla wartości rezydualnej (utraty wartości). Jeśli na rynek wlewa się zalew niemal nowego taboru, cena spokrewnionych wiekiem modeli, ale kupionych bezpośrednio przez klientów indywidualnych, drastycznie spada.
Dane z niemieckiej firmy badawczej DAT są bezlitosne:
W październiku średnia cena, na jaką wyceniane jest w Niemczech trzyletnie auto elektryczne wynosi zaledwie 48,8 proc. jego wartości początkowej. Jeszcze dwa lata temu było to 58,1 proc. Dla porównania, dla aut benzynowych jest to obecnie 63 proc, a samochodów z silnikami wysokoprężnymi – 61,3 proc.
Wzrost liczby takich pojazdów na rynku wtórnym utopił wyjściową wartość tych technologii. To finansowa pułapka dla tych, którzy kupili BEV z pełną świadomością, płacąc cenę katalogową.
Polscy dealerzy nie przejmują się karami? To efekt programu „NaszEauto”
A co z Polską? Czy u nas producenci również bawią się w podobne sztuczki, by uniknąć unijnych sankcji? Na szczęście, na razie wygląda na to, że skala tego procederu jest u nas znacznie mniejsza. Wojciech Drzewiecki z IBRM Samar wskazuje, że w Polsce zaledwie 10,2 procent sprzedawanych elektryków rejestrowanych jest przez dealerów.
W naszym przypadku rynek wygląda diametralnie inaczej: aż 71,2 procent rejestracji przypada na floty, a 18,6 procent to zakupy klientów indywidualnych.
Co stoi za tą różnicą? Bez wątpienia program dopłat „NaszEauto”. Obecnie, po zmianach, nie ma już kryterium dochodowego, a bazowa kwota wsparcia dla klientów prywatnych i JDG wynosi 30 tysięcy złotych. Te realne, bezpośrednie zachęty finansowe napędzają autentyczny popyt konsumencki, a nie sztuczne rejestracje dealerskie podyktowane unijnymi regulacjami. Dane PZPM potwierdzają spory wzrost – udział elektryków w rejestracjach nowych aut w październiku wyniósł 9,1 procenta. Widać, że zbliżający się koniec funduszy programu wyzwala realną chęć zakupu, a nie manewry księgowe mające na celu uniknięcie kar dla producentów.
