Niemiecki sąd: światła awaryjne w korku nie są obowiązkowe bez nagłego zagrożenia.

Jarek Michalski

Przez lata utarło się przekonanie, że widząc korek, włączamy światła awaryjne – to niemalże odruch, element kultury drogowej. Jednak niemiecki wyrok sądowy rzuca nowe światło na ten powszechnie przyjęty zwyczaj, sugerując, że w pewnych sytuacjach możemy działać na własne życzenie, a nie na mocy bezwzględnego nakazu. Czy nasza codzienna praktyka na drodze, mająca na celu zwiększenie bezpieczeństwa, nie jest w rzeczywistości zbędnym teatrem?

Czy awaryjne podczas dojazdu do korka to obowiązek polany olejem? Sąd w Niemczech mówi: nie!

W świecie przepisów drogowych panuje zasada: co nie jest zabronione, jest dozwolone. W kontekście świateł awaryjnych, które traktujemy jako uniwersalny sygnał „uwaga, dzieje się coś złego!”, to rozróżnienie jest kluczowe. Niemieckie ustawodawstwo, a konkretnie Paragraf 16 Ustawy o ruchu drogowym (StVO), jasno określa, kiedy awaryjne można włączyć, głównie w celu ostrzeżenia innych użytkowników ruchu przed rodzącym się niebezpieczeństwem.

Do niedawna panowała szara strefa, czy sam fakt spowolnienia ruchu i powstawania zatoru kwalifikuje się jako stanowiące zagrożenie. W praktyce, większość kierowców, widząc falę czerwonych świateł hamowania, instynktownie sięga po przełącznik Prawy/Lewy. Bo po co ryzykować, skoro ostrzeżenie trwa sekundę?

Jednakże, niemiecki wymiar sprawiedliwości niedawno postawił kropkę nad „i” w tej kwestii. Jak wynika z orzecznictwa, samo wystąpienie korka nie jest równoznaczne z nagłą sytuacją zagrożenia, która wymuszałaby włączenie świateł awaryjnych. Prawnie, musimy ich użyć, gdy na przykład raptownie wytracamy prędkość, gdy widoczność jest drastycznie ograniczona (a więc zator jest niewidoczny dla jadących za nami), albo gdy poruszamy się z prędkością znacznie odbiegającą od normy dla danego odcinka drogi szybkiego ruchu.

Prawda z Landgericht Hagen: Wyrok, który obnażył „dobry nawyk”

Cała sprawa rozstrzygnęła się na wokandzie Landgericht Hagen w 2023 roku, a dotyczyła ona kolizji, w której kierowca ciężarówki, zwalniając w krótkim czasie z 62 do zaledwie 11 km/h, nie użył świateł awaryjnych. W efekcie, jadąca za nim Łada uderzyła w tył zestawu, co poskutkowało poważnymi obrażeniami kierowcy drugiego pojazdu.

Prawnicy poszkodowanego argumentowali, że brak ostrzeżenia – czyli brak włączonych awaryjnych – powinien obciążać kierowcę ciężarówki. Sąd jednak wydał wyrok, który uderza w podstawy intuicyjnej jazdy:

Sędzia uznał, że kierowca ciężarówki nie miał obowiązku włączenia świateł awaryjnych, bo na drodze nie wystąpiła nagła sytuacja zagrożenia.

To jest sedno: to nie korelacja, lecz obowiązek. Sąd jednoznacznie stwierdził, że „sam fakt zatoru nie obliguje użytkowników ruchu do ostrzegania innych”. Innymi słowy, jeśli zwalniasz płynnie, nawet jeśli to zwalnianie prowadzi do budowy korka, ale robisz to w sposób przewidywalny dla ruchu następującego po Tobie (np. na drodze pozamiejskiej), nie musisz podnosić alarmu za pomocą migających żółtych świateł.

Oczywiście, ta interpretacja nie zwalnia z odpowiedzialności w przypadku, gdy faktycznie stworzymy zagrożenie. Gdyby kierowca ciężarówki zahamował gwałtownie i niespodziewanie, a nie ostrzegłby o tym awaryjnymi, współodpowiedzialność za wypadek byłaby niemal pewna. Prawo premiuje przewidywalność.

Praktyka vs. Przepis: Dlaczego włączać awaryjne, skoro nie trzeba?

Choć niemiecki wyrok daje kierowcom „wolność” od włączania świateł awaryjnych podczas dojazdu do każdego, nawet najbardziej powolnego, zatoru, to spójrzmy prawdzie w oczy: w ruchu drogowym liczy się komunikacja pozawerbalna.

Kultura drogowa, zwłaszcza na autostradach i drogach ekspresowych, wypracowała pewne niepisane zasady. Włączenie awaryjnych przy spowolnieniu ruchu jest jednym z najbardziej efektywnych sygnałów wizualnych, które docierają do kierowców znajdujących się znacznie dalej niż zasięg świateł stopu. Nawet przy dobrej widoczności, migające światło jest bardziej intrygujące dla mózgu niż standardowe czerwone światła hamowania.

Wspomniany wyrok jasno sugeruje, że to Ty, jako uczestnik ruchu, jesteś odpowiedzialny za to, by Twoje działanie nie spowodowało wypadku. Zatem, nawet jeśli przepis jasno nie nakazuje użycia awaryjnych, rozsądek podpowiada, że lepiej zignorować chwilowy koszt energii elektrycznej niż doprowadzić do karambolu.

Dlatego, chociaż prawnie możemy być usprawiedliwieni za nieużywanie świateł awaryjnych przy powolnym zwalnianiu do korka (jeśli nie jest to nagłe hamowanie), to w naszej motoryzacyjnej etyce pozostaje to „dobrym nawykiem”. W świecie, gdzie technologia jazdy wspomaganej (ADAS) przejmuje coraz więcej kontroli, a algorytmy polegają na danych wejściowych, jasny sygnał od człowieka – nawet jeśli prawnie opcjonalny – wciąż bywa najbardziej niezawodnym elementem prewencji drogowej. Najważniejsze, żeby inni użytkownicy drogi wiedzieli, że jedziesz jakbyś jechał, ale jednak inaczej.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze