Norwegia: blisko 96 procent samochodów sprzedanych w 2025 roku to elektryki.

Jarek Michalski

Norwegia ponownie wyznacza światowe trendy w motoryzacji, twardo odcinając się od silników spalinowych. To, co działo się na tamtejszym rynku w 2025 roku, to prawdziwa rewolucja napędzana nie tylko ekologią, ale przede wszystkim fiskalną machiną państwową. Czy inne kraje powinny brać przykład z tego skandynawskiego eksperymentu, czy może jest to polityka zbyt radykalna? Przyjrzyjmy się najnowszym danym i mechanizmom, które zepchnęły benzynę i diesel na margines.

Królestwo elektryków: Norwegia w 2025 roku to 95,9% samochodów z wtyczką

Po raz kolejny Norwegia udowodniła, że awangarda elektromobilności to nie utopia, lecz brutalna rzeczywistość rynkowa. Dane za rok 2025 są oszałamiające: udział samochodów elektrycznych (BEV) w sprzedaży wszystkich nowych aut osiągnął astronomiczny pułap 95,9%. A jeśli spojrzymy na ostatni miesiąc roku, w grudniu ten odsetek wyniósł aż 97,6%! To absolutny dominujący trend, który bije rekordy rok do roku i demaskuje mit o zbyt wczesnym wejściu elektryków na rynek.
Dla kontekstu, zaledwie pięć lat temu, w 2020 roku, elektryki stanowiły 54% rynku, a w 2015 roku zaledwie 17%. To nie jest ewolucja, to tsunami, które zmiotło tradycyjne jednostki napędowe.

Na czele listy popularności, już piąty rok z rzędu, króluje Tesla, zgarniając 19,1% lokalnego rynku. Tuż za nią plasuje się Volkswagen z wynikiem 13,3%, a podium zamyka Volvo z 7,8%. Wśród modeli, bezapelacyjnym liderem została Tesla Model Y, którą sprzedano w liczbie 27 621 egzemplarzy. To pokazuje, że konsument, gdy ma odpowiedni bodziec, wybiera nie tylko ekologiczne, ale i technicznie pożądane przez niego modele.

Jak państwo ukształtowało „wolny” wybór norweskiego kierowcy? Bat i marchewka w akcji

Sukces Norwegii w elektryfikacji floty jest często przedstawiany jako dowód dla sceptyków – wystarczy świadomość ekologiczna i odpowiednie zachęty, by dokonać rewolucji. To częściowo prawda, ale pomija się kluczowy element układanki: system podatkowy, który działał jak dwustronna machina przymusu.

Jak wyjaśnia Christina Bu, szefowa Norweskiej Federacji Elektromobilności (Norsk Elbiforening), sprawa jest prostsza, niż mogłoby się wydawać:

To jest często źle rozumiane poza Norwegią. Wszyscy myślą, że kluczowym czynnikiem są ulgi podatkowe oraz dopłaty, ale równie dużą rolę pełni tu bat. Na samochody spalinowe nakładane są tak wysokie podatki, że ich sprzedaż przestaje mieć sens.

To nie tylko kwestia dopieszczania posiadaczy aut elektrycznych – to przede wszystkim uczynienie zakupu spalinowej alternatywy finansowo absurdalnym. Różnice w cenach są dramatyczne, a to jest sedno sprawy. Już cztery lata temu Volkswagen ID.3 (150 KM) był tańszy od spalinowego Golfa (110 KM) w Norwegii o 30 tys. zł, podczas gdy w Polsce dopłacano do elektryka 50 tys. zł!

Obecnie różnice są jeszcze bardziej jaskrawe, co ilustruje przykład BMW X1. Najtańszy spalinowy X1 (136 KM) w Norwegii kosztuje równowartość 253 tys. zł. Jego elektryczny odpowiednik, iX1 (mocniejszy o 68 KM, czyli 204 KM), wyceniony jest na 192 tys. zł. Klient dostaje więc nie tylko brak emisji, ale i mocniejszy samochód oszczędzając przy tym znaczną sumę pieniędzy. Jest to argument natury ekonomicznej, który przytłacza wszelkie argumenty za tradycyjną jednostką.

Do tego dochodzą kwestie kosztów eksploatacji. Choć cena prądu w Norwegii jest „płynna”, dla gospodarstw domowych rząd gwarantuje stawkę, która rzadko przekracza 0,8 korony za kilowatogodzinę (około 30 groszy). Oznacza to, że przejechanie 100 kilometrów elektrykiem to koszt rzędu 6 złotych. W kontraście, podwyższona dwukrotnie opłata importowa na auta spalinowe od 2012 roku oraz wzrost ceny paliwa o połowę skutecznie zniechęcają do tankowania.

Samochody spalinowe: artefakty przeszłości czy nadal realny wybór?

Skala interwencji fiskalnej sprawiła, że na norweskim rynku faktycznie odebrano konsumentom możliwość wyboru pojazdów spalinowych. Skoro polityka podatkowa sprawia, że sprzedaż aut na benzynę i diesel traci sens ekonomiczny, nie dziwi, że producenci zaczęli wycofywać te wersje z oferty.

W salonach nie znajdziemy już spalinowych wariantów Volkswagena, Opla czy Peugeota. Nawet Toyota, która jeszcze w 2024 roku miała 8% udziału w rynku dzięki hybrydom (a jej Yaris mieścił się w top 10 najlepiej sprzedających się modeli), radykalnie zmieniła strategię. Obecnie Japończycy sprzedają w Norwegii wyłącznie elektryki, ograniczając spalinowe modele wyłącznie do użytkowych ciężarówek, Land Cruisera oraz Hiluxa.

Pojedyncze, zazwyczaj flagowe lub sportowe wersje, oferują jeszcze Audi i Mercedes. Natomiast BMW, dzięki utrzymywaniu w miarę kompletnej gamy napędowej (co umożliwia wspomniane porównania cen), jest ostatnim bastionem pozwalającym zobaczyć, jak absurdalnie droga jest tam tradycyjna technologia.

Od ulgi do podatku: Nowy kurs w subsydiowaniu elektromobilności

Skoro rynek został już uformowany, a elektryki stanowią niemal całość nowych rejestracji, norweski rząd logicznie uznał, że czas wycofać luksusowe subsydia. Od 1 stycznia 2026 roku wchodzi w życie istotna zmiana w ulgach podatkowych.

Dotychczasowy limit ceny elektryka zwolnionego z pełnego 25-procentowego podatku VAT został drastycznie obniżony. Z kwoty 500 tysięcy koron (około 180 tysięcy złotych) spadł do zaledwie 300 tysięcy koron (około 108 tysięcy złotych). To oznacza, że droższe, bardziej zaawansowane modele BEV wchodzą pod obrót VAT-em. Apogeum tej zmiany nastąpi w kolejnych latach: limit zostanie zredukowany do 150 tysięcy koron w przyszłym roku, a od 2028 roku wszystkie elektryki, bez wyjątku, będą obłożone pełnym 25-procentowym podatkiem VAT. To koniec ery niemal darmowego wwozu elektryków i sygnał, że faza „przekonywania” dobiegła końca. Teraz czas na pełną integrację rynkową.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów