Szybka jazda na polskich drogach staje się coraz bardziej ryzykowna, a prewencja wymusza dyscyplinę. Systemy Odcinkowego Pomiaru Prędkości (OPP) rozrastają się w zastraszającym tempie, a statystyki mandatowe biją rekordy. Zastanawialiście się kiedyś, gdzie kierowcy najczęściej tracą swoje bezcenne kilometry i punkty karne? Odpowiedź może być zaskakująca – i z pewnością zaboli portfele.
OPP kontra kierowcy: Gdzie polska noga naciska najmocniej na gaz?
Obecność odcinkowych pomiarów prędkości na polskich drogach to już nie nowość, a trwale wpisany element krajobrazu drogowego. Trzeba przyznać, że infrastruktura ta stale się rozrasta. Fakty są jednak nieubłagane – kierowcy masowo dają się złapać w cyfrową siatkę. Najbardziej dochodowym, z punktu widzenia Inspekcji Transportu Drogowego, jest odcinek autostrady A4. Mamy tu do czynienia z absolutnym higienicznym rekordem: „kamery rejestrują nawet ponad 24 tysiące wykroczeń w pół roku” na tym odcinku. To dowód na to, że nawet autostrada, która z natury zachęca do szybszej jazdy, nie ujdzie uwadze czujnych obiektywów.
Jednak skupienie się wyłącznie na A4 byłoby błędem, gdyż inne lokalizacje generują horrendalne liczby naruszeń. Zaglądając w najnowsze dane CANARD, widzimy wyraźną zmianę liderów w rankingu „najbardziej dochodowości”. Oto miejsca, gdzie kierowcy zbiorowo zapomnieli o ograniczeniu:
- Wyszków – Aż 10 842 przypadki tylko w trzecim kwartale roku. To astronomiczna liczba!
- Katowice (ulice Nikodema i Józefa Renców) – Ledwie za Wyszkowem, z wynikiem 10 446 wykroczeń.
- Dobroń-Petrykozy – 9982 przypadki, balansujące na granicy dziesięciu tysięcy.
- Kostomłoty-Kąty Wrocławskie – Choć to historyczny potentat, teraz z wynikiem 9939, „spadł” z podium, ale wciąż jest w ścisłej czołówce.
- Drwalew-Chynów – Odnotował 5241 naruszeń.
Ciekawe, jak IV kwartał wpłynie na te statystyki, szczególnie że na A4, na popularnej trasie Kostomłoty-Kąty Wrocławskie, uruchomiono dodatkowy pulpit pomiarowy bliżej stolicy Dolnego Śląska. Czyżby wojna o pierwszeństwo w generowaniu mandatów nabierała rumieńców?
Długość to nie wszystko, czyli absurdalny rozrzut polskiego OPP
Intuicyjnie moglibyśmy założyć, że im dłuższy odcinek pomiarowy, tym więcej mandatów. To jest logiczne: im więcej kilometrów, tym większa szansa, że kierowca „zapomni” o reżimie prędkości lub po prostu przeoczy znak informujący o końcu strefy kontroli. Jednak rzeczywistość bywa przewrotna, a skuteczność systemu OPP nie zawsze koreluje z jego długością.
Paradoksalnie, najskuteczniejszy pomiar (jak wskazują statystyki mandatowe) wcale nie jest tym najdłuższym.
Jeśli chodzi o rekord wszechstronności trasy kontrolowanej, niepodważalnym liderem jest trasa S7. Mamy tu do czynienia z prawdziwym maratonem prędkości: najdłuższy odcinkowy pomiar prędkości w Polsce rozciąga się na imponujące 14 kilometrów, na odcinku między Falęcicami a Nowym Gozdem. Pomyślcie o tym – jeśli trzymacie standardowe 120 km/h, samo pokonanie tej trasy zajmie wam nieubłagane 7 minut. Dla kogoś, kto zwykle jeździ szybciej, ten czas może wydawać się wiecznością, a stres związany z nieustanną kontrolą narasta z każdym metrem.
Gorzyce: Gdzie można „przemknąć” najszybciej i minąć kontrolę?
Co stoi w kontraście do 14-kilometrowego giganta z S7? Najkrótszy odcinek OPP w naszym kraju to tak naprawdę mikro-interwencja w przepływ ruchu, a zlokalizowany jest w Gorzycach, w województwie śląskim. Ten system działa tam już od 2016 roku, monitorując drogę krajową numer 78 w rejonie powiatu wodzisławskiego, tuż przed czeską granicą. Lokalna potrzeba uspokojenia ruchu w miejscowości, przez którą przemykają tysiące pojazdów zmierzających choćby w kierunku Brna, wymusiła interwencję.
Efekt? Mamy do czynienia z minimalnym dystansem objętym kontrolą:
- W kierunku Gliwic: zaledwie 848 metrów.
- W kierunku Ostrawy: równe 850 metrów.
Co ciekawe, Gorzyce leżą w obszarze zabudowanym, gdzie limit wynosi szacowne 50 km/h. Oznacza to, że jadąc idealnie przepisowo, kierowca spędzi na tym „odcinku kontrolnym” równą minutę. Choć to najmniejszy z testowanych dystansów, dla kierowcy jadącego poza miastem, te kilkaset metrów w zabudowie bywa najbardziej stresujące. Nic dziwnego, że władze regionalne dbały o to, by te metry nie były okazją do brawury.
