Oto lista udanych małych silników benzynowych po erze wolnossących potworów.

Jarek Michalski

Wraz z zaostrzeniem norm emisji spalin, pożegnaliśmy się z prostotą klasycznych, dużych „wolnossaków”. Producenci rzucili się w wir downsizingu, dodając sprężarki i wtrysk bezpośredni, aby zmieścić się w restrykcyjnych limitach. Efekt? Większa skomplikowanie i potencjalnie niższa żywotność. Ale czy każda taka mała jednostka to bomba z opóźnionym zapłonem? Absolutnie nie! Przecież obok tych silników, które lepiej zostawić w spokoju, istnieją perełki – udane konstrukcje, które mimo małej pojemności, potrafią zaoferować niezawodność i frajdę z jazdy. Przyjrzyjmy się tym, które naprawdę wyszły inżynierom.

Honda 1.5 T VTEC: Cztery cylindry, zero zmartwień?

Honda, choć długo opierała się turbo, w końcu musiała ulec europejskim regulacjom i w 2017 roku w dziesiątej generacji Civica zadebiutowała jednostka 1.5 T VTEC. I tu mamy klasyczny przykład rozbieżności na rynku: jej trzcylindrowy młodszy brat, 1.0 T, szybko zyskał złą sławę, podczas gdy ten czterocylindrowy okazuje się być inżynieryjnym majstersztykiem. To silnik, który – jak na dzisiejsze standardy – jest praktycznie bez zastrzeżeń.

Konstrukcja nie jest prosta, to nowoczesność okrojona do minimum ekscesów: szesnastozaworowa głowica, wtrysk bezpośredni, turbosprężarka, intercooler i oczywiście znak VTEC (zmienny rozrząd na obu wałkach). Kluczowy dla długowieczności jest fakt, że Honda postawiła na napęd rozrządu za pomocą łańcucha – to akurat u nich bezproblemowa sprawa. Co więcej, kolektor wydechowy sprytnie zintegrowano z głowicą.

Silnik ten fantastycznie czuje się w Civicach i HR-V, choć w cięższej CR-V (zwłaszcza z napędem 4×4 i bezlitośnie współpracującą skrzynią CVT) wymaga więcej pracy. Ważna uwaga serwisowa: jeśli zaniedbasz interwały olejowe, trzymając się maks. 10-15 tys. km i stosując właściwy olej, 1.5T grzecznie znosi trudy eksploatacji. Odstępstwa skutkują klasycznym problemem wtrysku bezpośredniego: paliwo dostaje się do oleju, podnosząc jego poziom i potencjalnie dewastując panewki. Ale to wina zaniedbania, a nie samej konstrukcji.

Kia/Hyundai 1.0 T GDI: Mały, ale jary turbodziadek

Przenieśmy się do Korei, gdzie inżynierowie z Kii i Hyundaia postawili na jeszcze mniejszą pojemność, ale wyszli z tego obronną ręką. Jednostka 1.0 T-GDI, debiutująca w 2014 roku, to silnik, który można określić jako „bardzo udany”. Powstał na bazie starszego MPI, ale zyskał aluminiowy blok, wtrysk bezpośredni, zmienne fazy rozrządu na obu wałkach i oczywiście turbodoładowanie.

„Silnik zbudowano na bazie starszej konstrukcji 1.0 MPI. Największą różnicą jest aluminiowy blok, wtrysk bezpośredni, zmienne fazy rozrządu i turbosprężarka.”

Koreańczycy zastosowali tu sprytny system zarządzania temperaturą: blok ma pracować cieplej, a głowica chłodniej. Układ chłodzenia jako taki nie jest skażony masowymi problemami, ale zawsze warto sprawdzić stan chłodnicy, bo przegrzanie to wróg każdego małego turbo.

Co się może rozsypać po latach? Głównie wtryskiwacze, co jest standardem w jednostkach z wtryskiem paliwa pod ciśnieniem. Minusem jest za to kultura pracy – zwłaszcza na zimno te trzy cylindry potrafią denerwować. Jeśli już musisz kupić auto z tym silnikiem, postaw na manual. Dostępna opcjonalnie dwusprzęgłówka potrafi dokuczyć. To dobra, mała jednostka, ale najlepiej czuje się w kompaktach i mniejszych autach.

Renault 0.9 TCe: Trzy cylindry, zaskakująca wytrzymałość

Kolejny przedstawiciel świata trzycylindrowców, który nie sprawia permanentnych problemów, pod warunkiem, że właściciel nie traktuje go jak karty przetargowej na gazie. Motor 0.9 TCe (898 ccm) to idealny przykład downsizingu dla Twingo, Micry czy Clio. Jego ogromną zaletą jest niska masa – ten kolos waży poniżej 100 kilogramów!

W przeciwieństwie do 1.0 T-GDI, Renault zastosowało tu wtrysk pośredni, a zmienne fazy są tylko po stronie ssącej. Turbo ma stałą geometrię, ale wspomaga go intercooler. Choć dynamika nie powala, to trwałość jest solidna. Podstawowy warunek? Serwis, serwis i jeszcze raz serwis.

Nie oszukujmy się, te silniki często trafiają na LPG, bo potrafią nieproporcjonalnie dużo spalać. I tu pułapka! Jeśli montujesz LPG „na kolanie”, zaczną się wypalać gniazda zaworowe. W wersjach fabrycznych, gdzie to przemyślano, jest lepiej, ale i tak trzeba pamiętać o regulacji luzu zaworowego, która, o zgrozo, potrafi być kosztowna. Mimo to, jeśli właściciel dbał o interwały, 0.9 TCe jest zaskakująco wytrzymały.

„Dużą zaletą 0.9 jest niska masa – poniżej 100 kg.. Pod względem trwałości jest bardzo dobrze, ale jest warunek – regularne serwisy.”

Toyota 1.2 T: Japońska rzadkość na cztery cylindry

Podczas gdy Toyota masowo stawia na hybrydy, żeby sprostać normom, równolegle produkuje doładowane benzyniaki. Czterocylindrowy 1.2 T, który zadebiutował w 2015 roku, to ciekawa propozycja, choć na rynku wtórnym spotkacie go rzadziej niż konkurencję. Zastosowano tu wtrysk bezpośredni, turbo i patent VVT-i.

To, co wyróżnia tę jednostkę, to jej podwójna natura pracy: przy niższych obrotach silnik potrafi przełączyć się w tryb Atkinsona, by obniżyć spalanie i emisję, a przy wyższych wraca do cyklu Otto. Efekt? Bardzo wysoka kultura pracy i umiarkowane apetyty na paliwo w autach takich jak C-HR czy Corolla.

Problemy są drobne, często marginalne: zdarzają się awarie cewek zapłonowych albo nagar w kolektorze dolotowym. Lepsze wiadomości dotyczą rozrządu – łańcuch jest wytrzymały. Gorsza informacja? Jeśli producent każe go wymieniać, często wymaga to demontażu silnika. Mimo to, to solidna konstrukcja, która udowadnia, że japońskie turbo potrafi być nudnie, ale skutecznie niezawodne.

Volkswagen 1.0 TSI: Król popularności i udanej inżynierii

Jeżeli szukasz małego silnika turbo, musisz się zmierzyć z Volkswagenowskim 1.0 TSI. Jest wszędzie, w Skodach, Seatach, VW, a nawet u innych marek, i stanowi potężną pozycję na liście polecanych jednostek. To zmodernizowany 1.0 MPI, z aluminiową budową, wtryskiem bezpośrednim, turbo i kolektorem wydechowym zintegrowanym z głowicą.

Podobnie jak w Kia/Hyundai, VW zastosował tu dwa obiegi wodne, co pozwala na niezależne chłodzenie turbiny – to duży plus, bo turbina może stygnąć na postoju. Nowsze wersje Evo przeszły na turbinę ze zmienną geometrią i pracują w oszczędnym cyklu Millera. Efekt? Niskie spalanie i wysoka kultura pracy, jak na trzy cylindry.

Co tu może pójść nie tak? Wymiana paska rozrządu, który jest tu standardem, wymaga specjalistycznych narzędzi, więc tanio nie będzie. Poza tym, silnik ten cechuje się naprawdę dobrą niezawodnością. To jeden z tych przypadków, gdy downsizing wyszedł naprawdę dobrze.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze