Nocny postój pod supermarketem kusi wielu kierowców, zwłaszcza tam, gdzie brakuje miejsc parkingowych na osiedlach. Czy to jednak legalne i bezpieczne? Choć pusty plac po godzinie 22:00 wygląda jak dar od losu, wchodzimy na teren zarządzany przez prywatne podmioty, a to radykalnie zmienia zasady gry. Przygotujcie się, bo wasza zimowa „garażowanie” może słono kosztować.
Parking pod marketem to teren prywatny. Obowiązują tam określone zasady
Wielu kierowców mylnie zakłada, że parkingi przy popularnych dyskontach, takich jak Lidl czy Biedronka, podlegają tym samym regulacjom co drogi publiczne. Nic bardziej mylnego! Większość tych powierzchni to stricte teren prywatny, należący do sieci handlowych lub wyspecjalizowanych operatorów (pomyślcie o firmach typu TD Systems, EuroPark, APCOA czy City Parking Group).
Co to oznacza w praktyce? Wjeżdżając na taki plac, zawieracie cichą, ale wiążącą umowę cywilnoprawną, akceptując warunki regulaminu wywieszonego najczęściej na wjeździe. To właśnie tam zapisane są limity czasowe i konsekwencje ich przekroczenia.
W takim przypadku na terenie parkingu obowiązują zasady ustalone przez właściciela, a nie przepisy dotyczące dróg publicznych. Co więcej, w praktyce oznacza to, że zmotoryzowany wjeżdżający na taki parking zawiera umowę cywilnoprawną, tym samym akceptując regulamin znajdujący się najczęściej na wjeździe.
Zostawiasz auto na noc pod Lidlem czy Biedronką? Możesz złamać regulamin
Regulaminy te często stanowią, że parking jest przeznaczony wyłącznie do obsługi klientów w godzinach otwarcia sklepu. Zostawienie pojazdu na całą noc, gdy plac świeci pustkami, jest najprostszą drogą do naruszenia tego zapisu. Tylko nieliczne markety, zazwyczaj te bez skomplikowanych szlabanów i automatycznego nadzoru, tolerują nocne parkowanie, bo rano i tak kierowcy wyjeżdżają do pracy.
Jednak tam, gdzie nadzór sprawuje firma zewnętrzna, która monitoruje teren 24/7, wasz nocny spoczynek może skończyć się nieprzyjemną niespodzianką. Zamiast spokoju, spod wycieraczki zawiśnie wezwanie do zapłaty.
Mandat czy kara umowna? Zaparkował na noc pod sklepem, za wycieraczką znalazł kartkę
Najważniejsza różnica, którą musi zrozumieć każdy kierowca, to kwalifikacja finansowej sankcji. To, co znajduje się za wycieraczką, nie jest mandatem w rozumieniu Kodeksu Wykroczeń.
Zmotoryzowani muszą jednak wiedzieć, że opłata dodatkowa na prywatnym terenie nie jest mandatem. To kara umowna, która wprost wynika z naruszenia zasad regulaminu i co więcej nie wystawia jej policja ani straż miejska, tylko właściciel lub zarządca terenu.
Kierowcy często mylnie obawiają się Policji, ale to zarządca terenu wystawia „wezwanie do zapłaty”. Operatorzy najczęściej próbują wymusić zapłatę, strasząc wpisem do rejestru dłużników albo wysyłając tzw. przedsądowe wezwania do zapłaty. Ta batalia toczy się na gruncie prawa cywilnego.
W przypadku parkingów zarządzanych przez prywatne podmioty konieczne jest wykazanie przez zarządcę osoby, która zaparkowała określony pojazd w konkretnym miejscu i czasie. To z tą osobą – zgodnie z regulaminem – zawierana jest dorozumiana umowa najmu miejsca parkingowego. Tylko względem tej osoby zarządca może zasadnie dochodzić jakichkolwiek roszczeń, czy to na drodze polubownej, czy sądowej.
Musicie pamiętać, że aby egzekwować taką karę umowną, podmiot musi udowodnić, kto kierował pojazdem. Jeśli nie wskaże konkretnej osoby, która zawarła tę dorozumianą umowę, droga do windykacji staje się kręta.
Odholowanie auta po nocnej eskapadzie – czy to realne zagrożenie?
Wielu mieszkańców blokowisk, parkujących na noc pod marketami, obawia się utraty samochodu. Czy zarządca rzeczywiście może po prostu zniknąć z naszym autem? W teorii tak, ale w praktyce ta opcja jest stosowana wyjątkowo rzadko.
Odholowanie jest możliwe, kiedy pojazd stwarza realne zagrożenie lub blokuje dostęp (np. wjazd dla dostaw). Jeżeli auto stoi poprawnie, ale narusza limit czasowy, fizyczne usunięcie go z terenu jest prawnie ryzykowne dla właściciela parkingu.
Odholowanie pojazdu pozostawionego na noc na sklepowym parkingu jest oczywiście możliwe, ale w teorii na taki krok właściciel lub zarządca decyduje się bardzo rzadko. Zgodnie z obowiązującym prawem pojazd można usunąć, gdy utrudnia korzystanie z nieruchomości, blokuje wjazd lub dostawy albo stwarza zagrożenie.
Dla zarządcy to po prostu zbyt skomplikowana droga. Wystawienie kolejnego wezwania do zapłaty, które może eskalować do windykacji komorniczej (o ile wcześniej wykażą naszą tożsamość), jest znacznie prostszym i, co więcej, legalnie bezpieczniejszym (dla nich) rozwiązaniem sporu. Co ciekawe, ani policja, ani straż miejska nie ruszą takiego pojazdu, chyba że stwarza on realne zagrożenie bezpieczeństwa na drodze publicznej.
