Czy polskie prawo jazdy stało się towarem deficytowym, dostępnym jedynie dla nielicznych wybrańców? Mamy jedne z najniższych wyników zdawalności w Europie, a historie o kursantach bijących rekordy niepowodzeń budzą autentyczny niepokój. Czy system egzaminacyjny wymaga gruntownej rewizji, czy może problem leży głębiej w przygotowaniu kandydatów? Zanurzmy się w statystyki, które sprawiają, że niemal co drugi kursant na kategorii B ląduje w statystyce porażek.
Egzamin na prawo jazdy w Polsce – droga przez mękę zamiast szybkiego startu
Polska scena motoryzacyjna nie może pochwalić się chlubnymi wynikami, jeśli chodzi o egzaminy na prawo jazdy. Jesteśmy, niestety, w ścisłej czołówce europejskich państw z najniższą zdawalnością, co dla wielu aspirujących kierowców oznacza nie tylko frustrację, ale i realne obciążenie finansowe.
Spójrzmy na liczby, które nie pozostawiają złudzeń. W drugim półroczu 2025 roku, zdawalność egzaminu praktycznego na kategorię B, mierzona już po pierwszym podejściu, zatrzymała się na dramatycznym poziomie 41,56 proc. Aż trudno uwierzyć, ale kiedy uwzględnimy wszystkie próby – te pierwsze, drugie i setne – wskaźnik ten spada do żałosnych 34,97 proc. To oznacza, że zdecydowana większość kursantów nie jest w stanie ukończyć procedury pozytywnie. Powiedzmy to wprost: ponad 65% egzaminów kończy się oblaniem.
Skala tego zjawiska jest widoczna w ekstremalnych przypadkach, które trafiają do mediów. Mamy historię z Małopolski — kursanta z Tarnowa, który po dziewięciu latach nieustającej walki, a finalnie po 139 podejściach, zdołał zaliczyć test teoretyczny. Opowieść ta, choć bulwersująca, ilustruje systemowe problemy. Kursant ten, jak sam przyznał, przez długi czas bazował na niepełnych materiałach szkoleniowych i uczył się na wersji demonstracyjnej testów. Dopiero po uzyskaniu dostępu do pełnej bazy pytań udało mu się osiągnąć sukces. Koszt tej batalii? Prawdopodobnie około 5 tysięcy złotych, licząc same opłaty za egzaminy teoretyczne.
Efekt Prawie Zdałem: Ośrodki egzaminacyjne i indywidualni egzaminatorzy to loteria
Co ciekawe, nie jest to problem jednolity dla całego kraju. Różnice w zdawalności między poszczególnymi ośrodkami egzaminacyjnymi (WORD) są kolosalne i często wskazują na nie tyle na jakość samych kandydatów, co na niespójność systemu.
Gdzie jest najłatwiej? W Ostrołęce odnotowano najwyższą zdawalność na poziomie 55,91 proc. Wysokie wyniki, przekraczające magiczną barierę 50 proc., pojawiły się także w Suwałkach, Lesznie, Tarnobrzegu, Rzeszowie, Poznaniu i Łomży.
A gdzie musisz mieć naprawdę stalowe nerwy i niezachwiane umiejętności? Na Antypodach polskiego testu zdawalności. W Radomiu wynik oscylował wokół 31,08 proc., w Krakowie osiągnął zaledwie 29,66 proc., a w Elblągu ten wskaźnik zanurkował do niepokojących 27,55 proc.
Jeśli myślicie, że to tylko kwestia lokalizacji — jesteście w błędzie. Równie duży wpływ ma to, kto akurat siedzi po drugiej stronie biurka. Odnotowano przypadki skrajnej dysproporcji w subiektywnym podejściu egzaminatorów. W Piotrkowie Trybunalskim jeden z egzaminatorów przeprowadził 891 egzaminów kategorii B – pozytywny wynik uzyskało zaledwie 31 osób! To oznacza kosmiczną zdawalność na poziomie bliskim 3,5 proc., czyli 97 proc. osób go oblewało. W tym samym ośrodku inni egzaminatorzy notowali 5 proc. zdawalności, a w Łodzi zdarzały się wskaźniki 6–8 proc. Czyżbyśmy mówili o egzaminie na pilota odrzutowca, a nie na kierowcę miejskiego sedana?
Ministerstwo zamyka oczy? Dlaczego system się nie zmienia
Kursanci i przedstawiciele branży szkoleniowej alarmują od lat. Wskazuje się, że problemem jest stres kandydatów, niewystarczająca jakość szkoleń dostosowanych do realnych warunków drogowych, oraz rosnące, nieprecyzyjnie określone wymagania wobec zdających.
Niestety, dla tych, którzy liczą na szybkie reformy, mamy złą wiadomość. Ministerstwo Infrastruktury jasno postawiło sprawę: resort „nie planuje wprowadzać zmian legislacyjnych dotyczących organizacji czy sposobu przeprowadzania egzaminów państwowych”.
Resort argumentuje, że WORD-y są jednostkami samorządowymi, które mają autonomię. Powinny zatem same reagować na sygnały – na przykład decydować o zwiększeniu liczby egzaminatorów (co mogłoby poprawić dostępność terminów), a także „reagować na skrajne przypadki” dysproporcji w ocenie. Czy teoria ta ma szansę sprawdzić się w praktyce, gdy poszczególni egzaminatorzy wykazują tak drastycznie różne progi zdawalności, to już pozostaje kwestią otwartą. Niektórzy kandydaci muszą po prostu liczyć na to, że na drodze do uzyskania uprawnień wylosują „tego dobrego” egzaminatora.
