Zwariowany zwrot akcji w polskiej legislacji drogowej właśnie zafundował kierowcom mieszane uczucia. Prezydent Karol Nawrocki, po cichu i bez zbędnego medialnego szumu, wylał kubeł zimnej wody na głowy właścicieli aut elektrycznych i wodorowych, wetując kluczowe zapisy dotyczące buspasów. Czy to koniec darmowych przejazdów? A co z motocyklistami, którzy mieli na to liczyć? Zanurzmy się w ten prawniczo-motoryzacyjny galimatias.
Wielkie weto i utracony przywilej dla „elektryków”
Wydawało się, że to już pewne – część rządowego pakietu deregulacyjnego, który miał ułatwić życie kierowcom, wreszcie został podpisany. Tymczasem niespodziewane weto prezydenta w sprawie nowelizacji ustawy Prawo o ruchu drogowym i związanej z nią ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych diametralnie zmienia perspektywę. Najbardziej dotkliwy dla kierowców jest fakt, że Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę przedłużającą przywilej korzystania z buspasów przez właścicieli pojazdów elektrycznych i wodorowych. To cios, zwłaszcza że dotychczasowe przepisy dopuszczały jazdę po pasach dla autobusów dla pojazdów zeroemisyjnych do 1 stycznia 2026 roku.
Teoretycy elektromobilności mogą czuć się oszukani. Przecież to miało być paliwo dla ewolucji na drogach! Weto oznacza, że bez dalszych zmian legislacyjnych, po upływie tego terminu, właściciele Tesli, Spicersów i innych ekologicznych cudów techniki będą musieli przeprosić się z prawym pasem, chyba że lokalni zarządcy dróg postanowią inaczej. Obowiązujące przepisy, oparte na art. 2 pkt 12 i 15 ustawy o elektromobilności, wygasały, a nowelizacja miała dać im tlen do 2028 roku. Choć weto wstrzymało ten konkretny zapis, cała nowelizacja dotyczyła też takich kwestii jak wprowadzenie definicji pojazdów autonomicznych, co również pozostaje pod znakiem zapytania.
Motocykliści w arbitralnym limbo: Czy wpuszczą ich na buspas?
Co ciekawe, ta sama nowelizacja, która straciła moc dla pojazdów elektrycznych w zakresie przedłużenia przywileju, wprowadzała coś zupełnie nowego i wyczekiwanego przez miłośników dwóch kółek. Mowa o motocyklistach. Pojawił się w treści modyfikacji art. 148a zapis, który miał im dać zielone światło. Jak stanowił ten kluczowy element:
Do dnia 1 stycznia 2028 r. dopuszcza się poruszanie się pojazdów elektrycznych […] oraz motocykli […] po wyznaczonych przez zarządcę drogi pasach ruchu dla autobusów.
To była bomba! Do tej pory kwestia motocykli na buspasach była szarą strefą, zależną od lokalnych, często sprzecznych ze sobą, decyzji zarządców dróg. Wiele metropolii, jak Kraków, Warszawa czy Wrocław, pozwalało na to z mocy lokalnych uzgodnień, ale brakowało ujednolicenia na poziomie krajowym. Weto prezydenta, obejmujące ten druk (nr 1427), komplikuje sytuację. Choć motocykliści mieli otrzymać pewność odgórną do 2028 roku, teraz wracamy do punktu wyjścia, gdzie kluczowe są tabliczki in minus montowane pod znakami D-11 lub D-12.
Co gorsza, dla pojazdów elektrycznych i wodorowych, które miałyby ten przywilej utrzymać w tej wersji ustawy, pojawiał się pewien haczyk – możliwość ograniczenia korzystania z buspasa przez zarządcę drogi, zależnie od liczby osób w pojeździe. Jak widać, ustawodawca chciał uregulować pole konfliktu, ale prezydent postawił kropkę tam, gdzie niektórzy widzieli dopiero początek.
Buspasy: Kto może, a kto zaryzykuje mandatem?
W kontekście tych legislacyjnych zawirowań, wraca podstawowe pytanie, które powinien znać każdy kierowca: kto w ogóle ma prawo korzystać ze specyficznych pasów ruchu? Buspas, oznaczony znakami D-11 (pas ruchu dla autobusów) lub D-12 (pas ruchu dla autobusów i tramwajów), jest zarezerwowany przede wszystkim dla transportu zbiorowego. Linią demarkacyjną jest często białym przerywanym pasem, ale reguły są bezwzględne.
Jeżeli zarządca drogi, korzystając ze swoich kompetencji, nie umieścił dodatkowej tabliczki informacyjnej, to jazda buspasem innym pojazdem jest po prostu pogwałceniem przepisów. A kary są dotkliwe i, co tu kryć, irytujące: 100 złotych mandatu i jeden punkt karny. Przy obecnych i potencjalnie zaostrzonych przepisach, to ryzykowna gra.
Jazda po buspasie, o ile nie jesteśmy autobusem, tramwajem, taksówką (jeśli tak zezwala tabliczka), pojazdem służb miejskich, czy – do tej pory – e-auto, zawsze była hazardem. Weto prezydenta uderza w pewność prawną właścicieli samochodów elektrycznych, cofając ich w tym aspekcie do statusu „zwykłego” kierowcy. Z drugiej strony, motocykliści, choć stracili gwarancję federalną, w niektórych miastach nadal mogą liczyć na życzliwość lokalnych urzędników. To fascynujące studium przypadku, jak polityka i motoryzacja splatają się w polskiej biurokracji.
