Na koniec kwietnia 2026 r. w Polsce działało 12 779 ogólnodostępnych punktów ładowania aut elektrycznych, a park samochodów bateryjnych urósł do 147 596 sztuk. To pokazuje szybki rozwój rynku, ale nie rozwiązuje wszystkich problemów użytkownika elektryka. Liczby są coraz lepsze, lecz w trasie nadal liczy się lokalizacja, moc ładowarki, zajętość stanowisk i zapas czasu.

Co mówią najnowsze dane?
Według zestawienia opublikowanego przez RynekElektryczny.pl na podstawie Licznika Elektromobilności, pod koniec kwietnia 2026 r. w Polsce funkcjonowało 12 779 publicznych punktów ładowania. W tym samym czasie liczba samochodów całkowicie elektrycznych wynosiła 147 596, a od początku roku wzrosła o 15 386 sztuk.
Ważny jest też podział mocy: szybkie punkty DC stanowiły 48 proc. infrastruktury, a punkty AC do 22 kW — 52 proc. Na jeden publiczny punkt przypadało 11,5 osobowych i użytkowych aut całkowicie elektrycznych. To już nie jest rynek kilku symbolicznych ładowarek, ale wciąż daleko mu do komfortu tankowania samochodu spalinowego.
Dlaczego szybkie ładowarki są ważniejsze niż sama liczba punktów?
Kierowca patrzy na mapę inaczej niż statystyka. Punkt AC pod biurem albo hotelem jest świetny, gdy auto stoi kilka godzin. W trasie większe znaczenie ma DC, najlepiej przy drodze szybkiego ruchu, z kilkoma stanowiskami i działającą płatnością bez zakładania kolejnej aplikacji.
Właśnie dlatego dane o infrastrukturze trzeba czytać razem z wcześniejszym tekstem Notomoto o tym, że cena i ładowanie stają się ważniejsze niż sama deklaracja zasięgu. Dwa auta o podobnej baterii mogą dawać zupełnie inne doświadczenie, jeśli jedno ładuje się stabilnie i szybko, a drugie długo utrzymuje niską moc.
Co powinien sprawdzić właściciel lub kupujący elektryka?
- Czy na typowych trasach są ładowarki DC, a nie tylko wolne punkty AC w centrum miasta.
- Czy operator pokazuje w aplikacji aktualną dostępność stanowisk i realną moc.
- Czy auto obsługuje sensowną krzywą ładowania, a nie tylko wysoką moc maksymalną w katalogu.
- Czy domowe lub firmowe ładowanie pokryje codzienne potrzeby, bo publiczna infrastruktura najlepiej działa jako uzupełnienie.
Dopłaty napędzają popyt, ale ładowanie decyduje o wygodzie
Wczorajsze dane o programie NaszEauto i rejestracjach elektryków pokazały, że zachęty finansowe potrafią mocno ruszyć rynek. Sama dopłata nie wystarczy jednak komuś, kto mieszka w bloku, często jeździ w trasę albo ma w okolicy jedną zawodną ładowarkę.
Najrozsądniejszy wniosek jest więc umiarkowany. Polska infrastruktura ładowania rośnie szybko i coraz częściej pozwala normalnie użytkować elektryka, ale przed zakupem nadal warto wykonać własny test: sprawdzić mapę ładowarek na codziennych trasach, policzyć koszt kWh i zobaczyć, czy auto da się ładować wtedy, gdy naprawdę stoi.
