Rozwój elektromobilności to obiecujący kurs na przyszłość, ale ten nowy rozdział w motoryzacji przynosi też nieoczekiwane, a drażniące problemy. Poza troską o zasięg i infrastrukturę, kierowcy aut elektrycznych i operatorzy stacji ładujących muszą mierzyć się z plagą, która wydaje się reliktem przeszłości – kradzieżami miedzianych kabli. Czy to desperacja złodziei zaopatrująca lokalne skupy, czy metodyczny atak na zieloną transformację? Przyjrzymy się skali tego procederu, od USA po polskie województwa.
Złodzieje upodobali sobie miedź, czyli rosnący problem kradzieży przewodów EV
Rozkwit rynku pojazdów elektrycznych, choć wyczekiwany i wspierany dotacjami, zderzył się z brutalną rzeczywistością rynkową i kryminalną. Materiały przewodzące prąd, a zwłaszcza miedź, stały się łakomym kąskiem dla złodziei. Kabel do szybkiego ładowania prądem stałym (DC), ze swoją grubą konstrukcją i bogactwem miedzianych żył, to nie byle jaki łup. Wartość tych przewodów na czarnym rynku, po odcięciu i spieniężeniu, może sięgać nawet kilku tysięcy złotych. To wystarczająca zachęta, by niszczyć infrastrukturę wspierającą zeroemisyjny transport.
Międzynarodowa fala rabunku: Od USA do Niemiec
Proceder ten nie ma lokalnego charakteru; to globalny problem, który zyskał rozgłos za sprawą USA. W Stanach Zjednoczonych, jak donosiła stacja NBC4, incydenty z kradzieżami kabli, często dokonywanymi przy publicznych ładowarkach nocą, stały się codziennością. Złodzieje nie oszczędzali nikogo – niektórzy, uzbrojeni w sekatory, przecinali przewody nawet pojazdom ładującym się w prywatnych garażach czy na podjazdach.
Europa również odczuwa skutki tego przestępczego trendu. EnBW, jeden z gigantów operujących stacjami ładowania w Niemczech, zanotował wyjątkowo wysoką liczbę incydentów. Rzeczniczka firmy podała druzgocące dane: w 2025 roku operator zgłosił ponad 900 przypadków kradzieży na zaledwie 130 stacjach szybkiego ładowania. Dodała, że średni koszt wymiany jednego skradzionego kabla dla operatora to horrendalne 3500 euro.
Polska pod ostrzałem: Od Wrocławia po Śląsk
Niestety, Polska, mimo iż dopiero intensywnie wdraża sieć ładowania, szybko dołączyła do listy dotkniętych krajów. Przegląd sytuacji wskazuje, że skala kradzieży jest niepokojąca – przypadki „obcinania przewodów” odnotowano już niemal w każdym województwie.
Sytuacja we Wrocławiu jest szczególnie alarmująca. RMF informowało, że aż 10 z 11 sprawdzonych stacji ładowania w tym mieście było pozbawionych kabli! Podobny obraz maluje się na Śląsku, gdzie przestępcy notorycznie dewastują ładowarki umiejscowione przy popularnych punktach handlowych. Tym, co szczególnie oburza ekspertów i operatorów, jest fakt, że polscy złodzieje często działają bez finezji – skradzione przewody nie trafiają na intratny rynek zagraniczny, lecz po prostu do najbliższego skupu złomu.
Ważny apel do rządzących: Kontrole w skupach i surowe represje
Nagminność i kosztowność tych czynów wymuszają zdecydowaną reakcję. Operatorzy, oprócz inwestowania w droższe systemy zabezpieczeń fizycznych stacji, głośno domagają się reakcji organów państwowych. Nie chodzi tylko o straty finansowe, ale o niszczenie publicznej infrastruktury, często budowanej z pieniędzy podatników w ramach dotacji na wspieranie transformacji transportowej.
W odpowiedzi na ten kryzys Polskie Stowarzyszenie Nowej Mobilności wystosowało oficjalny apel do władz 37 największych miast w kraju. Postulują przede wszystkim o wprowadzenie regularnych i rutynowych kontroli w skupach złomu, które stanowią nieformalny, ale kluczowy rynek zbytu dla skradzionych przewodów. Operatorzy zagraniczni idą dalej, żądając prawnego uznania kabli ładujących za elementy publicznej infrastruktury energetycznej, co umożliwiłoby stosowanie znacznie surowszych sankcji karnych.
Czy sprawiedliwość dopadnie złodziei miedzi?
Dobra wiadomość jest taka, że organy ścigania coraz skuteczniej reagują na ten typ przestępstw. Policja już nie traktuje wycinania kabli jako drobnej kradzieży. Jak donosi RMF, w Lubinie oraz Polkowicach zatrzymano mężczyznę odpowiedzialnego za seryjne odcinanie przewodów w archipelagu stacji ładowania. Działając w warunkach recydywy, sprawca może usłyszeć wyrok, który potocznie określany jest jako surowy, grożący nawet 7,5 rokiem pozbawienia wolności. Podobne ujęcia miały miejsce w województwie pomorskim. Możliwość odsiadki za miedź wydaje się być coraz bardziej realną perspektywą, co może nieco ostudzić zapał amatorów szybkiego zarobku poprzez dewastację ekologicznej infrastruktury.
