Rynek samochodów używanych w Polsce wciąż tętni życiem, choć marcowe dane pokazują pewne spowolnienie w ogólnym imporcie. Jednak na horyzoncie pojawił się nowy, niepokojący trend – zalew „używanych” aut prosto z Chin, które kuszą ceną, ale mogą okazać się finansową pułapką. Czy warto ryzykować kupno pojazdu bez europejskiego wsparcia serwisowego?
Czy polski rynek używanych aut zwalnia, a Chiny przejmują pałeczkę?
Marzec 2024 roku przyniósł Polakom rejestrację blisko 85 tysięcy aut sprowadzonych z zagranicy w ramach prywatnego importu, co według analityków instytutu SAMAR, oznacza, że skumulowany wynik po pierwszym kwartale jest już o 9,2 procent gorszy niż rok wcześniej. To sygnalizuje lekkie ochłodzenie zainteresowania „podrasowanymi” zachodnimi klasykami. Jednak na scenę wkracza zupełnie nowy gracz, a w zasadzie: nowe źródło, które rośnie w tempie geometrycznym – import samochodów z Chińskiej Republiki Ludowej.
Michał Hadyś, główny analityk Samaru, przedstawia dane, które mrożą krew w żyłach oficjalnym importerom. O ile w pierwszym kwartale ubiegłego roku do Polski trafiło z Chin zaledwie 16 rzekomo używanych aut, o tyle w pierwszym kwartale tego roku liczba ta wystrzeliła do ponad 200 egzemplarzy! Mówimy tu o wzroście rzędu 1125 procent. W efekcie Chiny awansowały na 21. pozycję wśród najczęściej wybieranych kierunków importu „używanych” samochodów do naszego kraju. Wszystko wskazuje, że wkrótce wyprzedzą choćby Słowację.
W tej chińskiej rewolucji dominują modele BYD i Denza, ale sedno problemu tkwi w znaczeniu słowa „używane”.
Najczęściej chodzi o fabrycznie nowe pojazdy z rocznika 2025, często z symbolicznym przebiegiem
To, co sprowadza się do Polski, to w przeważającej mierze auta, które zostały zarejestrowane przez chińskich dealerów, prawdopodobnie po to, by zrealizować wewnętrzne cele sprzedażowe lub skorzystać z lokalnych subwencji. W praktyce mamy tu do czynienia z importem fabrycznie nowych pojazdów, ale poza oficjalnymi kanałami dystrybucji przeznaczonymi na rynek europejski. A to rodzi poważne konsekwencje dla naiwnych nabywców.
Taniej, ale bez wsparcia. Czy te chińskie wozy to auta drugiej kategorii?
Dla wielu Polaków, którzy chcą zaoszczędzić na nowym samochodzie, import modelu BYD, Denzy, czy nawet Volkswagena sprowadzonego z chińskiej specyfikacji, wydaje się być finansową okazją stulecia. Takie pojazdy potrafią być nawet o jedną czwartą tańsze niż ich odpowiedniki z oficjalnej europejskiej dystrybucji, co jest kuszącą perspektywą przy obecnej inflacji i cenach nowych aut.
Niestety, oszczędności na starcie mogą szybko obrócić się w gigantyczne koszty eksploatacyjne. Oficjalni dystrybutorzy biją na alarm. Samochody przeznaczone na rynek chiński różnią się fundamentalnie od tych homologowanych dla Unii Europejskiej. Mamy tu do czynienia z innymi systemami multimedialnymi, które nie obsługują wszystkich europejskich funkcji, a także z odmiennymi parametrami takimi jak oprogramowanie sterujące systemem napędowym czy dostrojeniem zawieszenia.
Jak ostrzega przedstawiciel branży:
Nie wspieramy samochodów sprowadzanych z rynku chińskiego
Ziarkowski tłumaczy ten stanowczy sprzeciw faktem, że chińska gwarancja jest w Europie niehonorowana. Ale to dopiero wierzchołek góry lodowej. Największym problemem staje się serwisowanie i dostępność części zamiennych. O ile autoryzowane Stacje Obsługi (ASO) mogą poradzić sobie z podstawowymi przeglądami, to w przypadku konieczności wymiany nietypowych komponentów, jak np. elementy zawieszenia czy karoserii, nabywcy są zdani na siebie. Nie ma możliwości sprowadzenia ich przez oficjalną sieć dystrybucji. Stajemy w obliczu konieczności indywidualnego importu z Chin, co implikuje koszty, czas i biurokratyczne komplikacje.
Ryzyko utraty wartości i chińskie specyfikacje
Chociaż prywatny import uderza w oficjalnych importerów, ci na razie zachowują spokój – na przykład sieć BYD w Polsce wciąż przyjmuje tysiące zamówień na pojazdy z oficjalnej dystrybucji. Jednak dla kupujących, którzy skusili się na „okazję” z Szanghaju lub Shenzhen, konsekwencje będą odczuwalne na dłuższą metę.
Poza rezygnacją z wieloletniej gwarancji producenta i wspomnianymi problemami serwisowymi, czai się jeszcze jedno, finansowe zagrożenie. Samochody, które nie zostały wprowadzone na rynek zgodnie z europejskimi regulacjami i nie są wspierane przez regionalne ASO, z automatu stają się „autami drugiej kategorii” na rynku wtórnym.
W ocenie ekspertów, pochodzenie spoza oficjalnego obiegu dystrybucyjnego przełoży się na znacznie szybszą utratę wartości tych pojazdów. Po kilku latach, odsprzedaż takiego auta z niepełną historią serwisową i zawiłymi kwestiami pochodzenia części, będzie ekstremalnie trudna i wiązać się będzie z drastyczną deprecjacją ceny. Zatem, pytanie brzmi: czy miesięczne oszczędności na ratach są warte utraty bezpieczeństwa serwisowego i potencjalnie większych strat przy odsprzedaży? Decyzja, jak zwykle w motoryzacji, należy do klienta, ale kontekst prawny i techniczny jest tu jasny.
