Ruszyła przedsprzedaż elektrycznej Toyoty C-HR+ z imponującym zasięgiem i bogatym wyposażeniem.

Jarek Michalski

W świecie motoryzacji, gdzie elektryfikacja nabiera rumieńców, Toyota znów zaskakuje, wprowadzając model, który nosi znajomą nazwę, ale ukrywa pod maską zupełnie inną, czysto elektryczną duszę. Toyota C-HR+, będąca de facto nowym rozdziałem, a nie tylko liftem popularnego crossovera, właśnie wchodzi na polski rynek, dając sygnał, że Japończycy są gotowi na pełną elektryczną ofensywę. Czy ten nowy grajek w segmencie EV, z kuszącą przedsprzedażą, ma szansę skraść serca kierowców przyzwyczajonych do hybryd? Prześwietlamy jego mocne strony, gadżety i, co najważniejsze, portfel.

Jak bogato się ubrała elektryczna nowość Toyoty? Style kontra Executive

Toyota C-HR+ to nie jest model dla oszczędnych wizualnie. Japończycy od początku postawili na to, by odróżnić go od spalinowego rodzeństwa, stawiając na bogactwo wyposażenia, nawet w bazowej wersji. Obecnie C-HR+ dostępny jest w dwóch smakach: Style i Executive.

Wersja Style, stanowiąca punkt wyjścia, już na starcie oferuje listę, której pozazdrościć mogą konkurenci w wyższych segmentach. Czy naprawdę potrzebujesz manualnie regulowanej kolumny kierownicy, skoro masz podgrzewaną? To pytanie, które zadaje sobie inżynier Toyoty, ale miło, że dostajesz podgrzewanie kierownicy i dwustrefową automatyczną klimatyzację. Fotele przednie są podgrzewane, a dla wygody współczesnego nomady mamy indukcyjną ładowarkę.

Technologicznie też nie ma lipy. Dostajemy nowoczesne światła LED (Matrix LED w standardzie, brawa!), 18-calowe aluminiowe felgi, a po otwarciu bagażnika (elektrycznie, ale uwaga – tylko w wariancie z większym akumulatorem!) czeka na nas 7-calowy cyfrowy zestaw wskaźników oraz 14-calowy ekran systemu multimedialnego. Obsługa smartfona jest bezproblemowa dzięki Android Auto i Apple CarPlay. Co więcej, systemy bezpieczeństwa są na miejscu: inteligentny tempomat adaptacyjny, asystent utrzymania pasa ruchu, kamera cofania oraz monitorowanie martwego pola.

Jeśli powiemy, że to za mało, wkraczamy do Executive. Tutaj robi się już naprawdę luksusowo i, bądźmy szczerzy, może nieco kontrowersyjnie. W tej wersji zyskujemy elektrycznie podgrzewaną przednią szybę – w końcu porządna rzecz, której nieraz nam brakuje w mroźny poranek. Do tego dochodzą 20-calowe felgi, elektryka dla fotela kierowcy (w Style manualna regulacja fotela kierowcy i pasażera to lekki zgrzyt w aucie tej klasy), system kamer 360 stopni i asystent zmiany pasa ruchu.

Trzy drogi do elektrycznej nirwany, czyli co kryje się pod nadwoziem C-HR+

Ta część jest kluczowa. Jak słusznie zauważono, C-HR+ to pojazd wyłącznie elektryczny. Mamy do wyboru trzy moce, które definiują charakter tego crossovera, od ekonomicznego mieszczucha po dynamicznego, uterenowionego hot-hatcha.

Najbardziej dostępna opcja startuje z mocą 167 KM, z napędem na przednią oś. To wystarcza na 8,4 sekundy do setki i prędkość maksymalną ograniczoną do 140 km/h. Akumulator o pojemności 54 kWh netto pozwala przejechać średnio do 458 km. Szybkie ładowanie (DC 150 kW) pozwala odzyskać 10-80% pojemności w zaledwie 28 minut. Akceptowalny wynik dla miejskiego szatana.

Dla tych, którzy lubią mieć nieco więcej wigoru, przewidziano wersję 224 KM, także napędzaną tylko na przód. Tutaj sprint do 100 km/h trwa już 7,3 sekundy, a V-max wzrasta do 160 km/h. Co ciekawe, ta wersja korzysta z większego ogniwa – 72 kWh netto, co przekłada się na zasięg od 560 do 607 km. Tutaj ta rozbieżność w podawanych zasięgach jest spora, więc trzeba to sprawdzić w teście długodystansowym.

Na szczycie gamy stoi topowa odmiana z napędem na cztery koła i mocą 343 KM. To już jest konkret! 5,2 sekundy do 100 km/h i 180 km/h prędkości maksymalnej. Choć bateria ma pojemność 72 kWh netto (jak w wersji 224 KM), zasięg jest skromniejszy – 501-507 km. Prawdopodobnie zjadane przez dodatkowy silnik na tylnej osi. Co pocieszające, niezależnie od wybranego akumulatora, szybkie ładowanie DC trwa te same 28 minut na uzupełnienie od 10 do 80%.

Ostre wejście na rynek: ile to wszystko kosztuje i czy warto?

Przejdźmy do sedna, czyli do portfela. Japończycy weszli na rynek w gorącym okresie, ale od razu rzucili rękawice konkurencji za pomocą promocji.

Wersje z napędem na przód (167 KM i 224 KM) są dostępne wyłącznie w pakiecie Style.

  • 167 KM Style: Cena promocyjna to 155 900 zł (katalogowo 165 900 zł).
  • 224 KM Style: Kosztuje 174 900 zł (katalogowo 187 900 zł).

Wersja flagowa, czyli najmocniejsza (343 KM AWD), jest zarezerwowana dla wykończenia Executive. Jeśli zdecydujesz się na ten absolutny top, zapłacisz 202 900 zł w ramach promocji (katalogowo 215 900 zł).

Dla kontekstu, warto rzucić okiem na rywali. C-HR+ jest najdłuższy w swojej nowej elektrycznej klasie (4,53 m), ale w zestawieniu cenowym wypada najdrożej. Skoda Elroq, oferująca moc od 170 KM do 340 KM (w RS), startuje w promocji od 141 900 zł. Z kolei Omoda E5 z 211 KM jest najtańsza, kosztując 139 900 zł.

Toyota nadrabia jednak gwarancją. Dostajemy standardowo 3 lata/100 tys. km na auto, ale najważniejsze jest to, co dzieje się z baterią: fabryczna ochrona na 8 lat/160 tys. km, którą można wydłużyć w programie Battery Care nawet do 10 lat i miliona kilometrów – pod warunkiem regularnych przeglądów w ASO. To jest argument, który może przekonać sceptyków zasięgu Tesli czy chińskiej konkurencji. C-HR+ celuje więc w klienta ceniącego nie tylko styl, ale i długoterminowe, japońskie poczucie bezpieczeństwa technologicznego.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze