Samorządy chcą powrotu fotoradarów do straży miejskiej po wzroście wykroczeń.

Jarek Michalski

Nadciągają zmiany, które mogą wywrócić do góry nogami miejski krajobraz drogowy. Fotoradary, które zniknęły z ulic dzierżawionych przez straż miejską w 2016 roku, mogą powrócić, a samorządy zacierają ręce na myśl o odzyskaniu kontroli. Czy to powrót do porządku, czy tylko nowe pole do finansowych utarczek? Przygotujcie się na powrót „milczących świadków” z prędkościomierzem.

Dlaczego fotoradary zniknęły ze straży miejskiej w 2016 roku? Zbyt duży apetyt na mandaty

Pamiętacie czasy, gdy straż miejska z równym zapałem łapała za złe parkowanie i za nadmierne przyspieszenie? Okres ten dobiegł końca 1 stycznia 2016 roku. Wtedy to, na mocy radykalnych zmian prawnych, straże gminne i miejskie straciły wszelkie uprawnienia do korzystania z urządzeń rejestrujących – zarówno fotoradarów stacjonarnych, mobilnych, jak i tych mierzących przejazd na czerwonym świetle. Skąd ta nagła interwencja? Wszystko wskazuje na to, że powodem była nadgorliwość.

Decyzja miała swoje źródło m.in. w raporcie Najwyższej Izby Kontroli (NIK). Raport ten ujawnił, że wiele jednostek straży miejskiej zamiast skupiać się na zadaniach porządkowych, co jest de facto ich podstawowym statutem, niemal całkowicie przeorientowało się na kontrolowanie ruchu drogowego. Dane Ministerstwa Spraw Wewnętrznych potwierdziły tę tezę: ponad 67 procent wykroczeń ujawnianych przez straże dotyczyło łamania przepisów drogowych. Mówiąc wprost, straż stała się maszynką do nabijania wpływów do budżetów lokalnych, co budziło uzasadnione kontrowersje. Po zmianach nadzór przejęła Policja oraz system CANARD obsługiwany przez Inspekcję Transportu Drogowego (ITD). I tu zaczyna się historia, którą samorządy chcą teraz napisać na nowo.

Samorządy alarmują: Prędkość w miastach wymknęła się spod kontroli

Argument, którym samorządy próbują przekonać legislatora do liberalizacji przepisów, jest jednoznaczny: bezpieczeństwo drastycznie spada. Związek Powiatów Polskich (ZPP) złożył już stosowny wniosek w ramach prac Zespołu ds. infrastruktury, urbanistyki i transportu przy Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego.

Ich zdaniem, obecny model nadzoru, gdzie w zasadzie wszystkie karty trzyma Policja i ITD, jest niewydolny na poziomie zarządzania lokalnym chaosem. Policja, mając szeroki wachlarz obowiązków, nie jest w stanie zapewnić stałego monitoringu w każdej dzielnicy. Lojalnie trzeba przyznać, że to ma sens. Samorządy chcą narzędzi do szybkiej reakcji na lokalnie występujące zagrożenia.

Kluczowe są liczby, którymi ZPP podpartowuje swoje żądania. Jak podają, opierając się na danych z Komendy Głównej Policji, od 2016 roku, czyli od momentu „wyłączenia” straży z kontroli prędkości, liczba przekroczeń prędkości w miastach wzrosła o około 30 procent. To nie tylko suche statystyki – to realne zagrożenie dla pieszych i innych kierowców.

Co gorsza, narasta problem, który brzmi jak scenariusz z filmu akcji: nielegalne wyścigi uliczne. W metropoliach takich jak Warszawa, Kraków czy Wrocław, skala tego zjawiska miała się wręcz podwoić. Lokalne władze argumentują, że bez możliwości natychmiastowej reakcji, jaką daje im fotoradar, pozostają bezsilne wobec nocnych „drifterów” i piratów drogowych. ZPP podkreśla, że ich inicjatywa to „nie ma celu tworzenia nowych źródeł dochodów, lecz poprawę bezpieczeństwa i spokoju mieszkańców”. Zobaczymy, czy ta deklaracja wytrzyma konfrontację z potencjalnymi wpływami do budżetów gmin.

Jak miałaby wyglądać walka z prędkością na nowych zasadach? Centralny nadzór i precyzja

Jeżeli samorządy wywalczą powrót fotoradarów, nie oznacza to powrotu do reżimu z lat sprzed 2016 roku. Propozycja ZPP jest skonstruowana tak, by uniknąć zarzutów o „fotoradarową tyranię”, które doprowadziły do pierwotnego zakazu. Kluczowe jest tu słowo: ograniczenie.

Proponuje się, że lokalizacje, w których mogłyby stanąć urządzenia pomiarowe, musiałyby być precyzyjnie określone w uchwałach rad gmin i – co istotne – każdorazowo uzgadniane z Policją. To ma gwarantować, że fotoradary nie będą stały w celu maksymalizacji wpływów, lecz wyłącznie w miejscach realnego zagrożenia. Mówimy tu o rejonach szkół, przejściach dla pieszych, ciasnej zabudowie miejskiej i, naturalnie, punktach notorycznych dla nielegalnych wyścigów.

Najciekawszy element to integracja. Nawet jeśli urządzenia byłyby zarządzane przez straż miejską, dane z nich trafiałyby do centralnego systemu CANARD. To ma zapewnić jednolity nadzór i procedury egzekwowania kar w skali kraju. Samorządy proponują również podział wpływów z mandatów między Skarb Państwa a gminy – historycznie, przed zakazem, 100% przychodu trafiało do gminy, więc jest to znacząca zmiana w artykulacji finansowej propozycji.

Na razie mówimy jednak o postulatach legislacyjnych. Aby to wszystko weszło w życie, konieczna jest nowelizacja Prawa o ruchu drogowym i akceptacja rządu. Projekt ustawy jak na razie nie istnieje, a harmonogram prac pozostaje nieznany.

Podczas gdy samorządy debatują, systemy CANARD się rozrastają

Podczas gdy dyskusja o kompetencjach straży miejskiej rozgrzewa stoły urzędnicze, Inspekcja Transportu Drogowego, zarządzająca systemem CANARD, kontynuuje intensywną rozbudowę infrastruktury kontroli prędkości. Tempo jest imponujące. Do połowy 2026 roku planowane jest oddanie do użytku kolejnych:

  • 58 standardowych fotoradarów.
  • 35 systemów odcinkowego pomiaru prędkości (OPP).
  • 10 systemów monitorujących przejazd na czerwonym świetle na skrzyżowaniach.
  • 5 systemów na przejazdach kolejowo-drogowych.

W rezultacie, już w czerwcu pod nadzorem kamer OPP znajdzie się rekordowe 670 kilometrów dróg. Kontrola państwowa staje się coraz bardziej zautomatyzowana i wszechobecna. Nawet jeśli samorządy odzyskają możliwość fotoradarowej kontroli, system ITD/Policji będzie się rozrastał niezależnie, co może stworzyć intrygujący, choć może i nieco skomplikowany, system podwójnej kontroli na polskich drogach.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze