Siedem na dziesięć aut firmowych w Polsce z wtyczką do 2035 roku.

Jarek Michalski

Rewolucja na kółkach na firmowym parkingu zbliża się wielkimi krokami, a przepisy Unii Europejskiej wbijają kij w mrowisko. Już za chwilę 7 na 10 nowych samochodów rejestrowanych przez firmy w Polsce musi być „z wtyczką”. Czy to niemożliwe do zrealizowania wyzwanie dla polskiego sektora biznesowego, czy może doskonała okazja do przyspieszenia transformacji, która dotknie nas wszystkich? Przyjrzyjmy się, co dokładnie szykuje Bruksela i jak to wpłynie na rynek, na którym jeszcze niedawno królowały silniki Diesla.

7 na 10 aut służbowych: polska „druga prędkość” i ambitne cele do 2035 roku

Unia Europejska nie bawi się w półśrodki, choć, jak się okazuje, w kwestii tempa elektryfikacji dała szansę tym, którzy wolniej nadrabiają zaległości. Mamy tu do czynienia z planem działania na rzecz „czystego i konkurencyjnego przemysłu motoryzacyjnego w Europie”, który celuje bezpośrednio w „czystość samochodów korporacyjnych”. Te regulacje, choć nie dotykają bezpośrednio klienta indywidualnego, zdefiniują krajobraz motoryzacyjny na najbliższe lata. Chodzi o wiążące cele dotyczące udziału pojazdów niskoemisyjnych i bezemisyjnych w puli nowych samochodów rejestrowanych przez firmy.

Jak wynika z doniesień, w Polsce (i innych krajach tzw. „drugiej prędkości”) docelowe wartości są nieco mniej restrykcyjne niż dla Europy Zachodniej, ale nadal wymuszają drastyczną zmianę preferencji – od silnika spalinowego do hybryd plug-in i pełnych elektryków. Dane IBRM Samar pokazują, że firmy odpowiadają za niemal 70% rejestracji nowych pojazdów (konkretnie 68,42% na koniec listopada 2025 roku), co oznacza, że te limity uderzą w lwią część rynku nowych aut w kraju.

Konkretne terminy i cele dla Polski są następujące:

  • Rok 2030: Udział pojazdów nisko- i zeroemisyjnych musi wynieść co najmniej 48% ogółu rejestracji flotowych, przy czym czyste elektryki (BEV) muszą stanowić minimum 31%.
  • Rok 2035: Wymagany udział zelektryfikowanych pojazdów skacze do minimum 67%, a dla czystych elektryków (BEV) cel to 56% rejestracji firmowych.

Polska, obok takich krajów jak Chorwacja, Grecja, Litwa, Łotwa, Portugalia, Rumunia, Słowacja czy Węgry, znalazła się w grupie państw, gdzie przesiadka ma następować „stosunkowo powoli”. W praktyce oznacza to, że jeśli obecnie rozważasz leasing auta dla swojej firmy, musisz już planować miks floty, który w 2035 roku będzie w dwóch trzecich zelektryfikowany.

Auto nisko i zeroemisyjne. Czy to tylko elektryki i bogate hybrydy?

Zanim zaczniemy panikować, warto zrozumieć, kogo UE zalicza do „czystych”. Definicje opierają się na rozporządzeniu UE 2019/631.

Auta bezemisyjne to stricte pojazdy elektryczne, wliczając wodorowe – de facto zero emisji CO2 podczas jazdy.

Samochody niskoemisyjne to z kolei pojazdy emitujące maksymalnie 50 gramów CO2 na kilometr. Zastanawiające? Tak, bo 50 g/km to ekwiwalent spalania na poziomie zaledwie 2,15 l/100 km. W realiach rynkowych tę kategorię niemal w całości wypełniają hybrydy plug-in (PHEV).

Dla polskiego rynku, który przez lata opierał się na ekonomicznych jednostkach benzynowych i Diesla, te wymogi są prawdziwym wstrząsem. Oznacza to, że dla aut spalinowych (w tym klasycznych hybryd HEV) zostaje coraz mniej miejsca w puli flotowej:

  • W 2030 roku – maksymalnie 52% rynku firmowego.
  • W 2035 roku – zaledwie 33% rynku firmowego.

Mówiąc dosłownie: 7 na 10 nowych samochodów kupowanych przez polskie przedsiębiorstwa za dekadę musi mieć jakąś formę zasilania z gniazdka.

Kowalscy bez limitów? Nie dajcie się zwieść iluzji znikającego ICE

Wielu przedsiębiorców odetchnęło z ulgą, słysząc, że limity te dotyczą wyłącznie pojazdów korporacyjnych, a nie prywatnych zakupów. Na pierwszy rzut oka Kowalski, kupujący auto na swoje nazwisko jako osoba fizyczna, wydaje się być wyjęty spod tych wymogów. To złudzenie, które szybko pryśnie.

Unia potraktowała Polskę łagodniej niż Niemcy (gdzie w 2030 roku wymagane jest już 83% zelektryfikowanych flot, a w 2035 roku – 95% czystych BEV), ale ta „taryfa ulgowa” ma swoją cenę w postaci kurczącej się oferty.

Organizacje analityczne, jak choćby Transport & Environment (T&E), pokazują mroczne scenariusze dla klientów indywidualnych, wynikające z konieczności spełnienia norm flotowych przez producentów:

  1. Scenariusz Ostrożny (zdominowany przez BEV): Przy założeniu, że na każde cztery sprzedane elektryki, producenci mogą w limicie emisji „skompensować” jedną hybrydę plug-in, udział pojazdów czysto spalinowych mógłby spaść do 20% ogółu sprzedaży do 2035 roku.
  2. Scenariusz Pesymistyczny (dominacja PHEV i HEV): Jeśli udział niskoemisyjnych PHEV (45 g/km) i HEV/Spalinowych (140 g/km) ustabilizuje się na niższym poziomie, to zaledwie 1 na 10 nowych aut sprzedawanych po 2035 roku w ogóle wykorzystywałby paliwa kopalne.

Najbardziej niepokojący dla zwykłego nabywcy jest trzeci scenariusz. Producenci, dążąc do maksymalizacji zysku i uniknięcia horrendalnych kar za przekroczenie norm CO2, mogą podjąć strategiczną decyzję:

W ramach którego producenci samochodów spalinowych zarezerwują przypadające im pule emisji dla „wysokoemisyjnych samochodów segmentu premium”.

Jeśli się to stanie, auta spalinowe zostaną sprowadzone do roli dóbr luksusowych, stanowiąc zaledwie 5% ogółu rejestracji w 2035 roku. Oznacza to, że dla przeciętnego Polaka, który nie chce lub nie może kupić elektryka, po prostu zabraknie oferty. Rynek nowych aut spalinowych skurczy się do segmentu premium, a reszta, teoretycznie nieobjęta limitami flotowymi, i tak będzie musiała zaakceptować elektryfikację, bo alternatyw po prostu nie będzie. Czy to forma przymusu ekologicznego nałożonego przez tylne drzwi? Bardzo prawdopodobne.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze