Stellantis pozywa kanadyjskiego dostawcę, oskarżając o szantaż cenowy tarcz hamulcowych.

Jarek Michalski

W świecie motoryzacji, gdzie każdy ułamek centa ma znaczenie, a łańcuch dostaw jest napięty niczym struna skrzypcowa, rozkręca się prawny dramat na skalę, która może zatrzymać taśmy produkcyjne giganta. Mowa o Stellantisie, który zamiast skupiać się na elektryfikacji, musi walczyć w sądzie z kanadyjskim dostawcą. Stawka? Gigantyczne pieniądze i przyszłość kultowych modeli na amerykańskim rynku.

Szantaż i próba wymuszenia. Stellantis pozywa dostawcę części

Za oceanem, w gąszczu umów i kontraktów, wybuchła prawdziwa wojna cenowa. Stellantis, potentat motoryzacyjny, rzucił wyzwanie kanadyjskiej firmie Peterson Spring, zarzucając jej nic innego jak szantaż i próbę wymuszenia. Sednem sporu są tarczę hamulcowe – komponent, który z pozoru wydaje się trywialny, ale w kontekście masowej produkcji bywa solą w oku. Dostawca, powołując się na nierentowność dotychczasowych ustaleń, zażądał podwojenia cen, grożąc, że jeśli Stellantis nie ulegnie, po prostu przestanie dostarczać kluczowe podzespoły. Według prawników koncernu, akceptacja tych warunków oznaczałaby roczny wzrost kosztów o horrendalne 77 milionów dolarów. To już nie jest negocjacja, to ultimatum rzucone prosto w twarz zarządowi koncernu.

Stellantis, działając szybko, złożył pozew w sądzie w Ontario. Ich celem jest wymuszenie, by niezależna firma przejęła nadzór nad fabryką Peterson Spring w Woodstock i zmusiła ich do kontynuowania dostaw po starych stawkach. Dlaczego Stellantis tak desperacko walczy o utrzymanie obecnego dostawcy, zamiast szybko znaleźć zastępstwo? Odpowiedź tkwi w złożoności procesów certyfikacji. Jak zaznaczono w dokumentach sądowych, zastąpienie dostawcy wymaga przeprowadzenia rygorystycznych testów bezpieczeństwa nowych komponentów, co, o zgrozo, może potrwać nawet dwa lata. W branży „just-in-time” to wieczność.

Poprzednie stawki były nieopłacalne dla firmy

W obliczu oskarżeń o szantaż, Peterson Spring ma kontrargument, który brzmi zaskakująco logicznie, biorąc pod uwagę obecną inflację i koszty surowców. Firma twierdzi, że ceny, które obowiązywały dotychczas, zostały ustalone jeszcze przez poprzedniego właściciela, niemiecką grupę ZF, i były po prostu „najzwyczajniej w świecie nierentowne”. W oświadczeniu dyrektor generalny Peterson Spring, Timothy Soergel, podkreśla, że ZF, jako konglomerat, mogło sobie pozwolić na absorbowanie strat w tym konkretnym segmencie, rekompensując je zyskiem z innych działów. Nowy właściciel, pozbawiony tak szerokiego „poduszki finansowej” i nie posiadający zdywersyfikowanego portfolio, nie może kontynuować działalności na tych warunkach. To klasyczny dylemat: czy gigant może wymagać od małego dostawcy poświęcenia własnej rentowności dla utrzymania produkcji aut?

Ta sytuacja dowodzi, że presja cenowa, którą od lat wywierają producenci OEM, w końcu musi uderzyć w kogoś. Kiedy inflacja i gwałtowny wzrost cen energii i materiałów uderzają w łańcuch dostaw, umowy sprzed dekady stają się bezwartościowe, a termin na akceptację żądanych podwyżek staje się bronią.

17 listopada to ostatni termin. Potem firma wstrzyma dostawy

Stakes są wysokie, a zegar tyka nieubłaganie. Konflikt wszedł w fazę ostatecznego terminu. Po serii rozmów pod koniec października, Peterson Spring wycofał się z wcześniejszych ustaleń, zobowiązując się jedynie do przedłużenia bieżących dostaw do 17 listopada, pod warunkiem jednorazowej dopłaty od Stellantisa w wysokości 7,2 miliona dolarów. Kanadyjskie media donoszą, że data ta jest ostateczna. Co stanie się po 17 listopada, jeśli Stellantis nie zaakceptuje skrajnie podwyższonych cen?

Prawnicy Stellantisa ostrzegają, że paraliż będzie natychmiastowy i dotkliwy. Jeśli Peterson Spring faktycznie wstrzyma dostawy tarcz hamulcowych, w Stanach Zjednoczonych stanie praca w dwóch kluczowych zakładach montażowych. Mówimy tu o uziemieniu produkcji popularnych i dochodowych modeli, takich jak Dodge Ram oraz nieśmiertelny Jeep Grand Wagoneer. Dla Stellantisa, którego europejski popyt na niektóre modele i tak bywa niestabilny, taki zator produkcyjny w Ameryce Północnej to cios prosto w rentowność. To starcie giganta z dostawcą może zdefiniować nowe zasady gry w relacjach na linii OEM – Tier 1, pokazując, jak daleko obie strony są w stanie się posunąć, gdy na szali leży kilkudziesięciomilionowy roczny koszt komponentów.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze