Marznie Ci tyłek w samochodzie? Chcesz wsiąść do ciepłego auta w środku zimy, ale nagle okazuje się, że producenci podkradają nam tę małą, luksusową wygodę? To nie spisek, a biurokracja i ekologia uderzają w luksus zdalnego ogrzewania. Najnowsze doniesienia dotyczące Toyoty i Lexusa mrożą krew w żyłach kierowców, zwłaszcza tych, którzy przyzwyczajają się do komfortu. Przyjrzyjmy się, dlaczego ta funkcja nagle znika i co to oznacza dla nas w praktyce.
Kiedy zdalne ogrzewanie staje się problemem, a nie zbawieniem
Kiedy śnieg i mróz trzymają nas w garści, myśl o wejściu do zamarzniętego wnętrza samochodu to wizja rodem z horroru. Zdalne uruchomienie ogrzewania kabiny brzmi jak akt czystego szczęścia – ustawiasz preferowaną temperaturę przez aplikację i wsiadasz do ciepłego kokpitu. Prawda? Niestety, producenci samochodów, w tym potentat rynkowy, jakim jest Toyota, zostali zmuszeni do dezaktywacji tej funkcji. Dlaczego? Wszystko przez przepisy dotyczące pracy silnika spalinowego na postoju. Ryzykują oni, że kierowcy, korzystając z wygody aplikacji, naruszą prawo i zaczną lądować na mandacie, a producenci nie chcą być za to odpowiedzialni.
Warto od razu wyjaśnić kluczową różnicę: klimatyzacji postojowej (tej zdalnie sterowanej, bazującej na silniku spalinowym lub baterii) nie wolno mylić z fabrycznym ogrzewaniem postojowym. To drugie, niezależne od pracy silnika głównego, jest całkowicie legalne i nie podlega pod te same restrykcje. Zdalne uruchomienie klimatyzacji w tradycyjnych benzyniakach czy hybrydach klasycznych to jednak domena pracy silnika spalinowego, a tu wchodzimy na grząski grunt prawny.
Zdalny dostęp do ogrzewania w Toyotach wyłączony. Czy to światowy trend?
Pierwszymi ofiarami tej „ekologicznej” cenzury padli – co nie może dziwić, biorąc pod uwagę popularność – posiadacze Toyot i Lexusów. Raporty, zwłaszcza z Niemiec, wskazują, że w setkach tysięcy pojazdów funkcja zdalnego dostępu do klimatyzacji (zarówno do chłodzenia, jak i grzania) poprzez aplikację MyToyota została wyłączona.
Zdalna klimatyzacja to technologia, która pozwala na doprowadzenie wnętrza pojazdu do komfortowej temperatury przed jazdą. W autach spalinowych i hybrydowych wymaga to pracy silnika spalinowego, który napędza kompresor klimatyzacji lub nagrzewnicę. W hybrydach plug-in czy pojazdach czysto elektrycznych, energia czerpana jest z akumulatora wysokiego napięcia, co teoretycznie eliminuje problem emisji spalin z rury wydechowej. Problemem pozostaje sam fakt pracy silnika, o czym za chwilę.
Mandat za „puszczanie bąków” na postoju – Niemcy kontra Polska
Dlaczego Niemcy jako pierwsi poczuli ten chłód biurokracji? Wszystko przez – bądźmy szczerzy – dość ogólnikowe niemieckie prawo ruchu drogowego (StVO). Stanowi ono, że nie wolno „niepotrzebnie pozostawiać włączonego silnika na postoju”. A skrobanie szyb z włączonym silnikiem to już kwintesencja tego zakazu. Co ciekawe, niemieckie przepisy egzekwują ten zakaz nawet na terenie prywatnej posesji, gdzie wkracza ustawa o kontroli emisji (LImSchG). Grozi za to mandat w wysokości 80 euro.
W obliczu tego ryzyka, Toyota w Niemczech zdecydowała się na drastyczny krok, wyłączając zdalne uruchamianie klimatyzacji. Producent tłumaczy to nie tylko ryzykiem finansowej kary, ale i ekologicznym: „Działający na postoju silnik emituje przecież spaliny i hałas.” To jest ten moment, w którym musimy zadać sobie pytanie: czy 80 euro kary warte jest komfortu?
A jak to wygląda w Polsce, kraju, gdzie Toyota bije rekordy sprzedaży? Nasze prawo, zawarte w art. 60 pkt 2. paragraf 3, zabrania „pozostawiania pracującego silnika podczas postoju na obszarze zabudowanym”. Co jest postojem? Ustawodawca definiuje go jako „unieruchomienie pojazdu niewynikające z warunków lub przepisów ruchu drogowego, trwające dłużej niż 1 minutę”. Jeśli zostawimy silnik pracujący zbyt długo, czeka nas kara 100 zł. Jeżeli dojdzie do nadmiernej emisji spalin lub hałasu, kwota ta rośnie do 300 zł. Dodatkowo, jeśli właściciela nie ma przy pojeździe, funkcjonariusz może dorzucić kolejne 50 zł za brak nadzoru.
Dobra wiadomość dla polskich kierowców! Czy możemy spać spokojnie?
Warto odetchnąć z ulgą, przynajmniej na razie. Polski importer Toyoty podjął inną decyzję niż jego niemiecki odpowiednik. Jak przekazał Interii Robert Mularczyk, PR Regional Senior Manager, nie zdecydowano się na dezaktywację tej pożądanej funkcji.
Nie odłączamy funkcjonalności aplikacji. Natomiast szanując wymogi lokalnych przepisów zadbaliśmy o to by pojawił się ostrzegawczy komunikat, w którym prosimy o poszanowanie środowiska i przestrzeganie przepisów.
To oznacza, że w Polsce właściciele Toyoty i Lexusa nadal mogą cieszyć się komfortem zdalnego podgrzania lub schłodzenia kabiny. Jednakże, jest to pewnego rodzaju gra w kotka i myszkę z przepisami. Kierowcy otrzymują ostrzeżenie, które ma ich skłonić do „poszanowania środowiska i przestrzegania przepisów”. Oznacza to, że jeśli wykorzystamy tę funkcję, a policjant uzna, że pracujący 10 minut silnik na osiedlowym parkingu jest „niepotrzebny”, to mandat i tak jest realnym zagrożeniem. Co istotne, właściciele modeli hybrydowych plug-in oraz elektrycznych mogą spać spokojnie – u nich, o ile funkcja wykorzystuje tylko baterię wysokiego napięcia, problem w świetle obecnych regulacji jest mniejszy. To pokazuje, jak skomplikowany staje się krajobraz prawny, gdy technologia wyprzedza regulacje.
