Trump wycofuje ulgi dla elektryków, benzyna wraca do łask w USA.

Jarek Michalski

Napięcie wokół elektromobilności w Stanach Zjednoczonych osiąga nowy poziom. Administracja urzędującego prezydenta podjęła radykalne kroki, które mogą wywrócić do góry nogami dotychczasowe strategie motoryzacyjne. Czy to koniec dotacji i zielonej rewolucji, której tak mocno oczekiwano? Przyglądamy się zwrotowi w polityce, który stawia na równość napędów i zdrowy rozsądek rynkowy, choć nie bez kontrowersji.

Amerykański zwrot o 180 stopni: wygaszanie wsparcia dla EV

Administracja Donalda Trumpa nie traci czasu, wprowadzając zmiany, które mają ulżyć kieszeniom Amerykanów i przywrócić równowagę na rynku. Kluczowym posunięciem jest tu cofanie regulacji promujących samochody elektryczne (EV), narzuconych przez poprzednią władzę. Oficjalnie cel jest prosty: obniżyć ceny pojazdów i dać konsumentom to, co faktycznie chcą kupować, a nie to, co zmuszają ich kupować regulacje.

Ta zmiana to bezpośrednia reakcja na kosmiczne ceny nowych aut. W 2025 roku średnia cena zakupu nowego samochodu w USA sięgnęła astronomicznej kwoty 50,3 tysiąca dolarów (co przekłada się na mniej więcej 200 tysięcy złotych!). Dlaczego tak jest? Prosty rachunek: gigantyczne SUV-y i potężne pickupy wciąż dominują, a oferta tanich, budżetowych modeli kurczy się w zastraszającym tempie. Zdaniem urzędników, restrykcyjne normy emisji spalin, forsowane w celu promowania elektromobilności, tylko dodatkowo windują koszty produkcji. Efekt? Rynek, który traci kontakt z rzeczywistością.

W ramach tej „deklaracji niepodległości” od elektromobilności, w ubiegłym roku zlikwidowano federalną ulgę podatkową w wysokości 7,5 tysiąca dolarów na auta elektryczne (ok. 30 tys. zł). Co więcej, producenci samochodów przestali być karani za niespełnianie wyśrubowanych norm zużycia paliwa. To sygnał dla branży, że presja regulacyjna lżejszych samochodów spalinowych i hybrydowych zostaje znacząco złagodzona.

Czy benzyna zyskuje drugie życie? Równość napędów zamiast dogmatyzmu

Sekretarz transportu USA jasno komunikuje, że ani mowy o „wojnie z elektrykami”. Zamiast tego, administracja stawia na pragmatyzm: koniec promowania jednego typu napędu kosztem pozostałych. W praktyce oznacza to odblokowanie rąk producentom, którzy chcą rozwijać równie mocno pojazdy spalinowe i hybrydowe. Inwestycje w te technologie mogą teraz nabrać tempa, zamiast być hamowane przez przyszłościowe, ale dla wielu wciąż zbyt drogie, rozwiązania zeroemisyjne.

Jednym z najbardziej znaczących uderzeń w dotychczasową politykę jest cofnięcie specjalnych uprawnień Kalifornii do ustalania własnych, bardziej restrykcyjnych norm emisji spalin. To jest kluczowe. Kalifornia przez lata była swoistym dyktatorem standardów dla całego amerykańskiego rynku, wymuszając na koncernach agresywne zwiększanie udziału EV w ofercie. Usunięcie tego przywileju może zamrozić tempo elektrifikacji na dużą skalę, przynajmniej na poziomie federalnym.

Co ciekawe, mimo tych zmian, rynek samochodowy w USA w 2025 roku odnotował wzrost sprzedaży o 2,4 proc., osiągając 16,2 miliona sztuk. Rząd argumentuje, że redukcja regulacyjnego ciężaru pozwoli utrzymać ten trend wzrostowy bez dalszej eskalacji cen. Czyli, więcej aut na drodze, za niższą cenę, ale może kosztem głębokiej dekarbonizacji? To jest sedno sporu.

Stracone przywileje i paliwowa przyszłość: długoterminowe konsekwencje zmian

Krytycy tych ruchów biją na alarm, wskazując na możliwe, nieodwracalne skutki środowiskowe. Szacunki departamentu transportu sugerują, że choć obniżenie norm efektywności paliwowej może obniżyć cenę zakupu auta średnio o zaledwie 1000 dolarów (około 4 tys. zł), to ma to gigantyczną cenę środowiskową. Mówimy tu o potencjalnym wzroście zużycia paliwa o bagatelne 100 miliardów galonów do roku 2050! To są liczby, które każą się zastanowić, czy doraźna ulga cenowa nie jest za wysoka.

Organizacje ekologiczne wręcz oskarżają administrację o faworyzowanie koncernów paliwowych i torpedowanie transformacji transportu. Jednak administracja ma swoją kontrargumentację: rynek dojrzewa i sam zdecyduje o tempie pójścia w kierunku EV. Według nich, skoro pojazdy elektryczne stają się coraz tańsze organicznie, silne wsparcie państwa nie jest już tak niezbędne jak dekadę temu. Czy to faktycznie dowód na to, że rynek jest gotowy przejąć stery, czy po prostu zasłona dymna dla powrotu do sprawdzonych, ale emisyjnych rozwiązań? Czas pokaże, czy powrót do „benzyny w łaskach” nie będzie tylko chwilowym przystankiem na drodze do nieuniknionej, choć wolniejszej, elektrycznej przyszłości.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze