Urzędy skarbowe zarabiają miliony na licytacjach aut pijanym kierowcom.

Jarek Michalski

Mandat za jazdę po alkoholu, czyli utrata samochodu i miliony w skarbonce fiskusa. Nowe prawo uderza w pijanych kierowców, a aukcje zajętych aut przynoszą Skarbowi Państwa niespodziewane zyski. Czy to koniec pobłażania dla recydywistów i tych, którzy przekroczą dopuszczalną granicę? Sprawdźmy, ile w praktyce warte są pojazdy wystawiane na licytację i kto faktycznie zarabia na tej surowej karze.

Miliony z odstawy: jak urzędy skarbowe bogacą się na pijanym fali?

Nie da się ukryć, że ostatnie miesiące przyniosły znaczące zmiany w podejściu do nietrzeźwych kierowców. Przepisy, które weszły w życie 14 marca 2024 roku, zaostrzyły kary do poziomu, który budzi respekt, a czasem i sporo kontrowersji. Efekt? Urzędy skarbowe notują rekordowe wpływy ze sprzedaży skonfiskowanych pojazdów. Mówimy tu o kwocie bliskiej 57 milionów złotych, co jasno sugeruje skalę problemu, ale i sprawność aparatu skarbowego w monetyzowaniu zajętego mienia. Jak donoszą dziennikarze, licytacje te nie generują wcale wysokich kosztów dla budżetu, co stanowi pewne pocieszenie w kontekście absurdalnie drogich parkingów depozytowych, które obciążają inne służby.

Kiedy samochód znika z garażu za bycie pijanym za kółkiem? Konkrety prawne

Klucz do zrozumienia tego zjawiska tkwi w nowelizacji Kodeksu karnego. Przepadek pojazdu nie jest już opcją, lecz obligatoryjnym (czytaj: bezdyskusyjnym) wymogiem w kilku skrajnie nieodpowiedzialnych przypadkach. W praktyce, jeśli kierowca wsiądzie za kierownicę pod wpływem, musi liczyć się z utratą swojego cztery kółek w następujących sytuacjach:

  • Kiedy stężenie alkoholu w organizmie przekracza 1,5 promila – to absolutne „czerwone światło”, po przekroczeniu którego auto przepada bez dyskusji.
  • Jeśli spowoduje wypadek, mając we krwi ponad 1,0 promil alkoholu – tu liczy się nie tylko stan nietrzeźwości, ale i groźne konsekwencje.
  • W przypadku recydywy: jazda pod wpływem (powyżej 0,5 promila) w sytuacji, gdy w ciągu ostatnich 24 miesięcy popełniono już podobne przestępstwo. To swego rodzaju „trzecia szansa”, której nie wykorzystano.

Jak informuje Robert Opas z Komendy Głównej Policji, do 5 grudnia na drogach tymczasowo zajęto już 13 592 pojazdy, które najprawdopodobniej trafią pod młotek. Warto jednak pamiętać, że statystyki drogówki liczą wszystkich zatrzymanych – zarówno tych, którzy popełnili wykroczenie (spożycie), jak i przestępstwo (stan nietrzeźwości). To pokazuje, że problem jest masowy – na koniec listopada odnotowano o 6,5% więcej kierowców pod wpływem niż rok wcześniej, mimo wzmożonych kontroli.

Samochód za 4 tysiące? Ceny na licytacjach zaskakują

Wiele osób myśli, że auta skonfiskowane pijanym kierowcom to wyłącznie zdezelowane wraki, które ledwo zipią. Teza ta ma się nijak do rzeczywistości licytacyjnej. Średnia wartość zlicytowanego pojazdu oscyluje wokół 4 tysięcy złotych, ale to tylko średnia, która skutecznie maskuje prawdziwy rozstrzał cen.

Skoro urzędy skarbowe przejmują pojazd, staje się on formalnie własnością danego urzędu, który musi się nim zająć, co minimalizuje koszty przechowywania. St. asp. Justyna Pasieczyńska, rzecznik prasowy Szefa KAS, wyjaśnia, że auta trafiają zazwyczaj na parkingi urzędów skarbowych, a zanim sąd orzeknie przepadek, są powierzane „osobie godnej zaufania” – niekiedy to członek rodziny kierowcy. To genialne posunięcie logistyczne, bo pozwala uniknąć horrendalnych opłat za komisy depozytowe, z jakich korzysta np. Straż Miejska. Największy bieżący wydatek to obowiązkowe ubezpieczenie OC. Podobno urzędy mogą liczyć na preferencyjne, niemal minimalne stawki, co dodatkowo obniża koszty egzekucji.

Faktem jest natomiast, że na aukcje trafiają prawdziwe perełki. Na liście pojazdów, których sądy orzekły przepadek, znajdował się m.in. Hyundai Tucson wyceniony na 130 tysięcy złotych! Nie brakowało też Skody Kodiaq (80 tys. zł) czy BMW serii 3 (70 tys. zł). Te drogie wozy znacząco podbijają statystyki, choć na koniec września zlicytowano jedynie około 3,5 tysiąca aut na łączną kwotę 14,2 miliona złotych.

Czy skarbówka naprawdę na tym zarabia, czy tylko pokrywa koszty?

Skarbówka przekonuje, że to dla nich mechanizm samofinansujący się, a nie źródło gigantycznego zysku. Choć średnia kwota 4 tysiące złotych za auto mogłaby budzić wątpliwości co do pokrycia kosztów postoju, procedur i ubezpieczenia OC, podejście KAS minimalizuje wydatki operacyjne. Kluczowe jest, że urzędy skarbowe doskonale rozumieją swoje obowiązki – uczestniczą w egzekwowaniu opłat za luki w OC, więc problem „kary za brak OC od UFG” ich nie dotyczy. Przy minimalnych stawkach za polisę, licytacja faktycznie pokrywa koszty utrzymania i administracji.

Jeżeli szukasz pod Segway’em taniego, ale przyzwoitego auta bez historii kryminalnej, licytacje z urzędów skarbowych stają się realną alternatywą. Trzeba jednak liczyć się z tym, że pojazdy te mają za sobą „przeszłość” – niekoniecznie kolizyjną, ale logistyczną – i zawsze warto podejść do zakupu z pełną świadomością prawno-administracyjną.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze