Świat motoryzacji przechodzi transformację, a wraz z nią zmieniają się zasady gry dla kierowców. Wzrost popularności pojazdów elektrycznych, choć ekologicznie pożądany, wywołał prawdziwą burzę w skarbcach państwowych. Jak to wygląda w USA? Oto stany, w których właściciele EV już teraz płacą więcej, niż ich koledzy za kierownicą aut spalinowych, a debata o sprawiedliwości podatkowej dopiero nabiera rumieńców.
Elektromobilność kontra budżet państwa: Kto zapłaci za dziury w drodze?
Rosnąca popularność samochodów elektrycznych (EV) stanowi fundamentalne wyzwanie dla tradycyjnego modelu finansowania infrastruktury drogowej. Przez dekady, głównym źródłem środków na budowę i utrzymanie dróg był podatek paliwowy. Pojazdy bezemisyjne, pomijające stacje benzynowe, naturalnie omijają także ten kluczowy dla państwa strumień dochodów. Jak zauważono, „przechodzenie na elektromobilność stanowi poważne wyzwanie dla budżetów państwowych. Problemem są nie tylko kosztowne inwestycje modernizacyjne, lecz przede wszystkim spadek wpływów z podatków paliwowych, które nie obejmują użytkowników pojazdów elektrycznych.” To matematyczne równanie musi znaleźć swoje rozwiązanie, a to rozwiązanie coraz częściej przybiera formę nowych opłat dla posiadaczy EV.
W Stanach Zjednoczonych, gdzie adopcja elektryków przyspiesza, debata na ten temat rozgorzała na dobre. Rządy stanowe szukają sposobów na „uzupełnienie funduszy drogowych”, co w praktyce oznacza nakładanie dodatkowych kosztów na właścicieli samochodów, które miały być symbolami czystszej przyszłości.
Masz auto elektryczne? Zapłacisz więcej niż za spalinowe
Kiedy przyjrzymy się proponowanym stawkom, szybko okazuje się, że dyskusja nie toczy się o symboliczne kwoty. Mówimy tu o realnym, dodatkowym obciążeniu budżetowym. W wielu stanach USA wprowadzono już obowiązkowe dodatkowe opłaty rejestracyjne dla pojazdów elektrycznych, a ich wysokość bywa zaskakująca. W Stanach Zjednoczonych trwają propozycje wprowadzenia stałej rocznej opłaty rzędu 200–250 dolarów dla właścicieli samochodów bezemisyjnych.
Kluczowe jest tu porównanie tych kwot z dotychczasowymi wpływami z paliw kopalnych. Federalny podatek od benzyny w USA zamrożony jest na poziomie 18,4 centa za galon od 1993 roku. Przyjmując przeciętny roczny przebieg, kierowca auta spalinowego zasila fundusz drogowy kwotą wynoszącą orientacyjnie 95 dolarów rocznie. To oznacza, że planowana opłata dla właścicieli EV byłaby „ponad dwukrotnie wyższa” od tego, co statystycznie wpłaca użytkownik samochodu benzynowego poprzez tankowanie.
Co jest najbardziej kontrowersyjne? To ryczałtowy charakter opłaty. Oznacza to, że „stała opłata obowiązywałaby niezależnie od przebiegu”. Innymi słowy, mieszkaniec zatłoczonego miasta, który robi rocznie 5 000 kilometrów, zapłaci dokładnie tyle samo, co zapalony miłośnik podróży, który nakręca 40 000 kilometrów. Podatek paliwowy, mimo swoich wad, przynajmniej miał pewien związek z rzeczywistym obciążeniem drogą.
Amerykanie już teraz dopłacają za samochody elektryczne
Trend nie ogranicza się do federalnych propozycji; on już ma miejsce w praktyce na niższym szczeblu administracyjnym. Media donoszą, że już teraz „kilkadziesiąt stanów pobiera dodatkowe opłaty rejestracyjne od właścicieli samochodów elektrycznych”. W wielu jurysdykcjach te opłaty sumarycznie przekraczają już to, co kierowcy aut spalinowych płacą z akcyzy paliwowej. To paradoks: pojazd, który rzekomo miał redukować obciążenia środowiskowe, staje się źródłem wyższego obciążenia fiskalnego dla jego właściciela. Niektóre regiony ustanowiły stawki liczone w setkach dolarów, mając tendencję do ich corocznego podnoszenia.
Sprzeciw fanów elektromobilności. Istnieje sprawiedliwsza alternatywa?
Oczywiście, ta progresywna dyskryminacja (choć zwolennicy nazywają to sprawiedliwością budżetową) budzi ogromny sprzeciw. Entuzjaści elektromobilności argumentują, że takie posunięcia mogą zahamować całą „ekologiczną rewolucję”. Wprowadzanie dodatkowych, wysokich opłat zniechęca do zakupu pojazdów EV, czyniąc je mniej opłacalnymi, niż pierwotnie zakładano. Krytycy podkreślają także brak związku z realną eksploatacją – opłata jest identyczna dla małego hatchbacka i ciężkiego SUV-a elektrycznego.
Na szczęście, nie wszystkie stany utknęły w pułapce ryczałtowych opłat. Światło w tunelu próbują dać niektóre regiony, testujące innowacyjne podejście. Mowa o „systemie opłat uzależnionych od faktycznego przebiegu”. W tej koncepcji kierowca, podobnie jak dzieli się kosztami zużytego paliwa, dzieli koszty eksploatacji dróg proporcjonalnie do przejechanych kilometrów. Zwolennicy tej metody twierdzą, że to jedyny sposób, by „traktować wszystkich użytkowników dróg równo, niezależnie od rodzaju napędu” i odrzucają niesprawiedliwe, stałe haracze niezależne od tego, czy auto stoi w garażu, czy intensywnie przemierza autostrady. Czy ta koncepcja stanie się standardem w Ameryce i pójdzie w ślady europejskich rozwiązań? Czas pokaże, ale na razie rewolucja elektryczna na drodze musi płacić dodatkowy podatek za bycie „eko”.
