Wyobraź sobie, że parkujesz swojego supersamochodu na balkonie. Brzmi to jak scenariusz z komedii, ale dla pewnego właściciela Ferrari w Wiedniu stało się to brutalną koniecznością – przynajmniej tymczasowo. Kiedy drogie auto nie mieści się w garażu, niektórzy sięgają po niestandardowe, wręcz szalone rozwiązania. Czy luksusowe maszyny zasługują na takie „domowe” eksponowanie, nawet jeśli grozi to interwencją urzędników? Zanurzmy się w historię, która łączy włoską inżynierię z austriacką biurokracją.
Balet supersamochodu na wysokościach, czyli desperacka walka o miejsce parkingowe
Dla prawdziwych pasjonatów motoryzacji, szczególnie tych, których konta bankowe pozwalają na kolekcjonowanie hiperaut, pomysłowość w kwestii przechowywania pojazdów potrafi przekraczać wszelkie granice zdrowego rozsądku. Nie jest to nowość — w 2018 roku szejk z Miami postanowił zamienić swoją Pagani Zondę R, wartą ponad 5 milionów złotych, w wiszący na ścianie element dekoracyjny. Jeszcze bardziej ekstremalnie postąpił właściciel McLarena Senny GTR, który dwa lata temu wciągnął swoje auto na 57. piętro luksusowego apartamentu. Czy historia 28-letniego Amara Dezica, właściciela firmy zajmującej się dystrybucją i tuningiem aut, była jedynie bladym echem tych wyczynów? Choć jego Ferrari 296 GTB nie wylądowało na aż tak spektakularnej wysokości, samo umieszczenie go na balkonie w centrum Wiednia wywołało niemałe zamieszanie.
Dezic, który w swoim garażu ma także Porsche Panamerę, BMW M2 i Range Rovera Sport, stanął przed klasycznym dylematem bogatych: brakowało mu miejsca postojowego dla swojego najnowszego nabytku na okres zimowy. Jak relacjonuje, standardowa procedura, czyli próba wykupienia dodatkowego miejsca u administracji budynku, zakończyła się fiaskiem. Wtedy do akcji wkroczyła fantazja, wspierana niemałym budżetem i dźwigiem. Plan zakładał, że Ferrari 296 GTB, chronione przez podświetlaną szklaną gablotę, przeczeka zimę w warunkach godnych arcydzieła.
Kontrola lotów: Dlaczego Ferrari nie mogło poleżeć na balkonie?
Wiedeń jest miastem, gdzie porządek ma swoje twarde ramy, a luksusowe fantazje muszą ustępować regulaminom. Po wynajęciu autolawety z HDS, potężna maszyna o mocy 830 KM wzniosła się na balkon, natychmiast wzbudzając zainteresowanie mediów społecznościowych. Jednak to, co imponowało fanom motoryzacji, budziło grozę w miejskim systemie nadzoru.
Inspektor nadzoru budowlanego nie był zachwycony tym nowatorskim „miejscem parkingowym”. Decyzja zapadła szybko i bez dyskusji: pojazd musi zostać natychmiast usunięty. Głównym powodem, który podano jako priorytetowy, było zagrożenie pożarowe. Właściciel, Amar Dezic, wyraził swoje rozczarowanie, podkreślając, że cała sprawa nie dotyczyła wytrzymałości konstrukcji budynku (co mogłoby być logicznym argumentem), lecz „wymogów ochrony przeciwpożarowej”.
Właściciel pojazdu nie ukrywa rozczarowania i podkreśla, że decyzja o usunięciu auta nie ma związku z obawami o wytrzymałość konstrukcji, ale z wymogami ochrony przeciwpożarowej. Amar Dezic zaznacza, że „nigdzie indziej nie ma z tym problemu, tylko u nas”.
Cała operacja, będąca dowodem na to, jak wielką cenę płaci się za awangardowe rozwiązania, była kosztowna. Szacuje się, że samo podniesienie Ferrari na balkon pochłonęło kilka tysięcy euro, a koszt jego sprowadzenia na ziemię był porównywalny. Ostatecznie, włoski supersamochód musiał opuścić swój tymczasowy, nieco ryzykowny apartament i spędzić resztę zimy w tradycyjnej hali magazynowej.
Technologiczny majstersztyk na ziemi: Czym jest Ferrari 296 GTB?
Zanim przejdziemy do tego, dlaczego hybrydowe Ferrari na balkonie budzi obawy pożarowe – choć właściciel sugeruje, że to kwestia lokalnych przepisów, a nie uniwersalnego zagrożenia – warto przypomnieć, z jakim „towarem” mieliśmy do czynienia. Ferrari 296 GTB to technologiczna rewolucja dla włoskiej marki, dowód na to, że zmniejszenie pojemności nie oznacza mniejszej mocy.
Zamiast klasycznego V8, sercem tego cuda techniki jest autorskie V6 o pojemności 2992 cm3, którego cylindry ustawiono pod kątem 120 stopni. Taki „płaski” układ pozwolił na umieszczenie dwóch turbosprężarek w miejscu, gdzie standardowo panowałby brak miejsca, co zoptymalizowało kompaktowość jednostki i pozwoliło wycisnąć z niej 663 KM. Do tego dochodzi komponent elektryczny – jednostka o mocy 165 KM współpracująca z baterią o pojemności 7,45 kWh, zamontowana między silnikiem spalinowym a 8-biegową skrzynią automatyczną.
Efekt? Łączna, oszałamiająca moc systemowa wynosząca 830 KM i 740 Nm momentu obrotowego, dostarczana wyłącznie na tylną oś. Co ciekawe, pomimo dodania akumulatora, masa własna oscyluje w granicach zaledwie 1470 kg. To prawdziwy wehikuł czasu, bo w trybie w pełni elektrycznym można przejechać dystans 25 km, osiągając maksymalnie 135 km/h. Taka inżynieria nie jest tania – ceny startują od około 1,3 miliona złotych. Zastanawiające, czy kwota ta wliczająca się w koszty zakupu nie powinna pokrywać także kosztów budowy odpowiednio przystosowanego garażu.
