Wilcze oczy na drogach: czy działają jak odstraszacz zwierząt?

Jarek Michalski

Zderzenie z dzikiem na drodze to koszmar – nie tylko dla zwierzęcia, ale i dla portfela właściciela nowoczesnego auta, gdzie wymiana reflektora LED to kwota z czterema zerami. Czy istnieje tani i sprytny sposób na uniknięcie tych drogich kolizji? Oczywiście, że tak! Mowa o „wilczych oczach”, czyli odblaskach, które mają straszyć leśną zwierzynę niczym nocny drapieżnik. Ale czy te niedrogie gadżety faktycznie działają, czy to tylko iluzja bezpieczeństwa, za którą płacą zarządcy dróg? Przyjrzyjmy się temu fenomenowi bliżej.

Czym właściwie jest ten „wilczy wzrok” i gdzie szukać tych ostrzegawczych światełek?

„Wilcze oczy” to fachowo brzmiąca nazwa dla specyficznych odblasków montowanych przy drogach, ale o kluczowej różnicy – w przeciwieństwie do standardowych, białych lub czerwonych reflektorów skierowanych na jezdnię, te są instalowane tak, by świecić prostopadle do drogi, czyli w stronę lasu lub pobocza. To drobna zmiana orientacji, która ma diametralnie odmienić zachowanie zwierząt.

Gdzie mamy szansę je napotkać? Głównie na trasach, które przecinają obszary o gęstej populacji dzikiej fauny – wszędzie tam, gdzie drogi przebiegają przez parki narodowe, krajobrazowe lub rozległe kompleksy leśne. W Polsce, jak się okazuje, nie jest to żadna nowinka. Jak informuje Szymon Piechowiak, rzecznik Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad:

„Rozwiązanie to jest wykorzystywane na drogach krajowych już od ponad dwudziestu lat w wielu województwach (między innymi pomorskim czy podkarpackim), głównie na drogach klasy GP, czyli „zwykłych krajówek”. Powody zastosowania są różne, od wymogów środowiskowych po inicjatywy oddolne GDDKiA czy Policji.”

Przytoczył on konkretne przykłady, wymieniając m.in. drogę krajową nr 2 w województwie lubelskim czy DK1 na Śląsku, zazwyczaj na odcinkach uznanych za tereny migracyjne zwierząt. Co ciekawe, koszt takiego pojedynczego odblasku to zaledwie koło 50 złotych. To kropla w morzu w porównaniu z ceną porządnego ogrodzenia, które i tak bywa problematyczne, bo odcina zwierzętom szlaki i dostęp do wody, a łosie… cóż, łosie płoty potrafią przeskakiwać.

Magia niebieskiego światła: Jak te odblaski oszukują dziką zwierzynę?

Mechanizm działania „wilczych oczu” opiera się na pierwotnym instynkcie samozachowawczym zwierząt. Najważniejsza tu jest psychologia drapieżnika. Kiedy samochód zbliża się do takiego słupka, a jego reflektory padają na odblask, ten emituje błysk światła w kierunku ściółki leśnej.

Dla sarny, jelenia czy dzika, ta nagła illuminacja przypomina jaskrawe, świecące oczy drapieżnika – wilka. A wilk to dla nich gwarancja poważnych kłopotów. W efekcie, zwierzę instynktownie zamiera lub waha się przed wkroczeniem na jezdnię. Gdy samochód minie słupek, światło gaśnie, co dla zwierzęcia jest sygnałem, że potencjalne niebezpieczeństwo się oddaliło i droga jest wolna do przekroczenia.

Kluczową cechą, która odróżnia te systemy od zwykłych odblasków, jest specyficzna barwa emitowanego światła. Najczęściej jest to odcień niebieski. Dlaczego niebieski? Ponieważ, choć dla nas może być ledwo zauważalny, jest on doskonale widoczny dla oczu większości ssaków – to po prostu bardziej „drażniące” dla ich siatkówki. Niektóre droższe instalacje dodają do tego jeszcze efekt tunelu świetlnego, co ma dodatkowo dezorientować zwierzęta, ale przede wszystkim poprawia orientację kierowcy na trudnych wzniesieniach czy zakrętach.

A jeśli już dochodzi do kolizji? Przy nowoczesnych technologiach, nawet pozornie małe trafienie w sarnę to droga do gigantycznego rachunku. Oprócz wgniecionej maski lub błotnika, najdroższe są uszkodzenia zaawansowanych systemów – reflektorów LED, radarów systemów autonomicznego hamowania czy kamer wspomagających jazdę. Mowa tu o kwotach, które z łatwością przekraczają pięciocyfrowe sumy w złotówkach. Zatem, jeśli „wilcze oczy” chronią choćby jedną taką naprawę, to już są warte swojej ceny.

Skuteczność „wilczego wzroku” – między legendą a twardymi danymi

Choć koncepcja brzmi racjonalnie – wykorzystanie instynktów zwierząt do ich ochrony – temat skuteczności „wilczych oczu” jest tematem, który polaryzuje ekspertów i inżynierów drogownictwa.

W 2011 roku, wspólne badania niemieckiego automobilklubu ADAC i Niemieckiego Związku Łowieckiego (DJV) przyniosły zaskakujące wieści. Na testowanych odcinkach wyposażonych w niebieskie odblaski odnotowano spadek kolizji ze zwierzętami sięgający aż 80 procent. To brzmiało jak rewolucja! Warto jednak pamiętać, że była to analiza o charakterze bardziej praktycznym niż rygorystycznie naukowym, a jej wyniki silnie zależały od lokalnych czynników – gęstości lasu, rzeźby terenu czy gatunku zwierzęcia.

Niestety, późniejsze i bardziej precyzyjne badania naukowe zweryfikowały ten optymizm. W 2018 roku naukowcy z Uniwersytetu w Getyndze oraz Uniwersytetu w Zurychu przeprowadzili gruntowną analizę, monitorując kamery na podczerwień na ponad 150 odcinkach dróg w różnych landach Niemiec. Przeanalizowano ponad 10 tysięcy godzin materiału. Wniosek był jednoznaczny i dość chłodny:

Zachowanie zwierząt na odblaskowych odcinkach praktycznie nie różniło się od tego obserwowanego tam, gdzie odblasków nie było.

Te ustalenia miały swoje potwierdzenie w kolejnych latach. Rok później Federalny Instytut Dróg (BASt) również stanął murem za sceptykami, argumentując, że boczny strumień światła emitowany przez odblask jest relatywnie słaby – porównywalny do zwykłej świecy. Mierzalnego wpływu na decyzje płochliwych saren o wejściu na asfalt nie udało się udowodnić. W 2020 roku Leśny Instytut Badawczy Badenii-Wirtembergii podsumował sprawę, stwierdzając, że choć odblaski rzeczywiście emitują światło w bok, nie generuje to powtarzalnego i jednoznacznego efektu behawioralnego u zwierząt. Wygląda na to, że „wilcze oczy” to technologia, która działa świetnie w teorii, ale natura bywa oporna na proste, tanie triki.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze