Yellow boxy znikają z polskich dróg po pilotażu w Szczecinie.

Jarek Michalski

Czy widziałeś kiedyś na polskiej ulicy ten charakterystyczny, żółty „magnes” na skrzyżowaniu? Mowa o „yellow boxach”, rozwiązaniu, które miało zrewolucjonizować płynność ruchu w miastach, eliminując paraliżujące korki wynikające z blokowania skrzyżowań. Choć pomysł ten z powodzeniem działa w wielu zakątkach świata, w Polsce jego historia okazała się zaskakująco krótka i burzliwa. Dlaczego żółte linie, proste w swej idei, nie utrzymały się na naszych drogach, i co to mówi o naszym podejściu do organizacji ruchu?

Żółte pudło, czyli co to właściwie jest i dlaczego miało być zbawieniem dla kierowców?

Czym, do diaska, jest ten „yellow box”? W najprostszym ujęciu, to żółty wzór namalowany na nawierzchni skrzyżowania, który pełni rolę wizualnego upomnienia. Jego fundamentalna zasada, choć genialna w swojej prostocie, jest niekiedy ignorowana przez polskich kierowców: nie wjeżdżaj na ten obszar, jeśli nie masz stuprocentowej pewności, że z niego zjedziesz, zanim zapali się czerwone światło lub zanim korek na przeciwległym pasie uniemożliwi Ci dalszą jazdę.

Jak czytamy w materiałach źródłowych, „Yellow box to żółte linie namalowane na skrzyżowaniu, które miały przypominać kierowcy o tym, żeby nie wjeżdżać na skrzyżowanie, jeśli nie ma możliwości jego opuszczenia.” Rozwiązanie to, z sukcesami stosowane m.in. w Wielkiej Brytanii, Kanadzie czy Hiszpanii, miało uderzyć w sedno problemu miejskich zatorów. Przecież nic tak nie irytuje, ani tak drastycznie nie spowalnia ruchu, jak zablokowany przejazd, gdzie setki pojazdów czekają, aż jeden nieprzemyślany wjazd w „środek” skrzyżowania się odblokuje. Szczególnie problem ten dotyczył pojazdów o większym gabarycie, jak autobusy, które potrzebują więcej miejsca (i czasu) na manewr.

Dlaczego w ogóle ktoś się tym przejął? Kwestia egzekwowania prawa

Warto pamiętać, że w Polsce, zgodnie z taryfikatorem, wjazd na skrzyżowanie i jego zablokowanie, gdy nie ma możliwości jego opuszczenia, jest wykroczeniem. Ale bądźmy szczerzy – jak często widzieliście mandat za taką sytuację? Praktyka pokazuje, że egzekwowanie tego przepisu jest niezwykle rzadkie, a policjanci nie zawsze są w stanie efektywnie interweniować w samym środku skomplikowanego węzła komunikacyjnego.

Yellow box miał być więc pomocą wizualną – subtelnym, ale stanowczym przypomnieniem o złej praktyce. „Żółte linie miały strefę, w której pojazd nie powinien się znajdować po zmianie cyklu świateł.” Miało to wyeliminować ten irytujący paradoks, w którym zmiana cyklu sygnalizacji zamiast usprawniać ruch, prowadzi do jego całkowitego zatrzymania.

Wędrówka po Polsce: Szczeciński fenomen i szybki koniec

Gdyby te żółte linie miały zagościć na stałe, to działo się to w trybie pilotażowym i, co ciekawe, ograniczonym do jednego miasta. Ministerstwo Infrastruktury, które ostatecznie odcięło się od tego pomysłu, pozwoliło na testy zaledwie w Szczecinie. Mówimy tu o raptem czterech lokalizacjach: Europejska-Dworska, Matejki-Bazarowa, Wierzbowa-Reczańska oraz plac Kościuszki. To zaledwie rzut oka na system, który w innych krajach funkcjonuje latami.

Po tym krótkim teście nadszedł czas na szybki rewanż. Dlaczego tak ambitny projekt, zaczerpnięty z międzynarodowych wzorców, spotkał się z natychmiastowym upadkiem w naszym kraju?

Brak podstaw prawnych i intelektualne lenistwo drogowców

Powody, dla których „yellow boxy” nie przyjęły się w Polsce, są zadziwiająco proste i uderzają w sedno naszego prawnego podejścia do infrastruktury drogowej. Po pierwsze, fundamentalny problem: brak umocowania prawnego. „Resort zasugerował, że umieszczanie żółtych linii na skrzyżowaniach nie ma umocowania prawnego i może wprowadzić chaos, a prawo drogowe nie daje podstaw do stosowania oznakowania poziomego w stylu yellow box.”

Dla polskiego urzędnika, jeśli coś nie jest wprost zapisane w rozporządzeniu, to albo nie istnieje, albo jest ryzykowne. W naszym systemie prawne oznakowanie poziome jest ściśle regulowane, a żółte linie, poza zastosowaniem tymczasowym (np. na czas remontów), nie miały przypisanej żadnej definicji decydującej o pierwszeństwie czy zakazie postoju. Wprowadzenie ich jako stałego elementu mogłoby – zdaniem resortu – być generatorem chaosu prawnego.

Kolejnym, być może bardziej bolesnym, argumentem ze strony krytyków było proste stwierdzenie: po co malować nowe linie, skoro mamy już narzędzia? Zamiast wprowadzać innowacje, nasi decydenci wolą trzymać się starych metod. W efekcie, głosy te sugerowały, by „zamiast zajmować się malowaniem żółtych pasów na ulicach, po prostu zacząć karać kierowców.” Wskazywano na Londyn, gdzie za tego typu naruszenia kamery na skrzyżowaniach działają bezbłędnie niczym najsurowsze fotoradary. W Polsce najwyraźniej wolimy prewencję w postaci fotoradarów, niż prewencję wizualną na skrzyżowaniach.

Ostatecznie, idea yellow boxów w Polsce została sprowadzona do ciekawostki historycznej, dowodząc, że czasem infrastrukturalna innowacja ginie w biurokratycznym gąszczu braku podstaw prawnych.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze